Łado, Jesza, Dzidzileyla, Lel i Polel – Olimp Długosza

 

Łado, Jesza, Dzidzileyla, Lel i Polel - Olimp Długosza

by Michał Kuźniar | Słowiańskie Demony

 

Wierzenia dawnych, słowiańskich mieszkańców ziem polskich prawie nigdy nie są rozpatrywane w oderwaniu od źródeł jakimi dysponujemy dla ich sąsiadów z Rusi oraz Połabia. Ruś i Połabie to obszary dla których mamy najwięcej wiarygodnych elementów pozwalających na rekonstrukcję wierzeń przedchrześcijańskich Słowian a z racji bliskości języka i kultury często przyjmuje się, że również na terenie dawnych ziem polskich kult musiał przybierać podobne oblicze. Naturalnie nie jest to w żaden sposób pewne i równocześnie możemy wzorem bardziej restrykcyjnych badaczy jak np. Henryk Łowmiański odrzucić jakiekolwiek próby rekonstrukcji panteonu dawnych polskich bóstw i założyć, że kult na tym obszarze nigdy nie wybił się ponad polidoksję opierającą się na kulcie zmarłych, przyrody, magii i demonów. Właściwie nie napotykamy wiele kontrargumentów przeszkadzających w przyjęciu takiego założenia, no może za wyjątkiem pewnych XV-wiecznych wzmianek, notowanych w kazaniach, słownikach i rocznikach. Z tych ostatnich najbardziej znanym są Roczniki, czyli kroniki sławnego Królestwa Polskiego pióra krakowskiego kanonika Jana Długosza.

Jan Długosz był postacią wybitną, darzoną sporym szacunkiem już za życia. Szerokie zainteresowania humanistyczne widać w jego pracach, które łączą ze sobą zainteresowanie historią, geografią a nawet heraldyką. Pozycja duchownego skłoniła Jana do pochylenia się nad przeżytkami dawnych, pogańskich tradycji, ciągle powszechnie spotykanymi w XV-wiecznym społeczeństwie, schrystianizowanym oficjalnie przed pięciu wiekami. Chrystianizacja krajów Europy Środkowej i Wschodniej przebiegała swoimi własnymi kolejami, nie zawsze zadowalającymi dla elit kościelnych. Znikoma ilość księży w przeliczeniu na całą populację Polski czyniła wprowadzanie nowej wiary przedsięwzięciem bardzo powolnym, chociaż nie wydawało się, aby na jakimkolwiek etapie, może poza zamieszaniem lat 30. XI wieku był to proces w jakikolwiek sposób zagrożony przez element pogański. Wydaje się, że pierwsi pod naporem nowej wiary padli dawni bogowie wyższego rzędu, ci wszyscy Perunowie, Swarożyce i inni, o których w zasadzie zapomniano bardzo szybko, ewentualnie sprowadzono ich do roli lokalnych demonów czy innych czartów. Kościół nie był jednak w stanie kompletnie wyrugować ze świadomości pospólstwa dawnych tradycji odnoszących się do kultu zmarłych, przyrody czy demonów, szczególnie tych zamieszkujących konkretne stawy, jeziora czy lasy. W poczuciu bezsilności kler poszedł w innym kierunku niejako potwierdzając istnienie tych nadprzyrodzonych istot, które zostały jednocześnie w pewien sposób wyjęte spod prawa i zmuszone do egzystencji na peryferiach świata ludzi.

Co ciekawe żaden z wczesnośredniowiecznych kronikarzy tworzących swe prace nie zadał sobie nawet trudu zanotowania imion bogów jakim oddawano cześć nad Wisłą. Gall Anonim, Thietmar, Bruno z Kwerfurtu czy Wincenty Kadłubek nie zanotowali ani jednego imienia ściśle związanego z terenami państwa pierwszych Piastów. Wzmianka o Swarożycu z listu Brunona odnosiła się do boga Wieletów. Thietmar wspomniał jedynie, że na Śląsku oddawano cześć pogańskim mocom na tamtejszej górze Ślęży, prawdopodobnie wierzył że kultem otaczano samą górę, nie zaś jakieś konkretne bóstwo. Na Pomorzu miano według niemieckiego biskupa czcić jakieś anonimowe morskie demony. I to właściwie wszystko, żadnych imion, cech charakterystycznych, wzmianek o świątyniach czy mrożących krew w żyłach obrzędach i ofiarach ze zwierząt bądź ludzi, jak w ówczesnej Radogoszczy. Na przeżytki pogaństwa na terenie Polski spadła szczelna zasłona milczenia i tym dziwniejszy wydaje się nagły wysyp niespotykanych wcześniej informacji z jakim mamy do czynienia w wieku XV. Wtedy to imiona rzekomych polskich bożków zanotowało kilku autorów.

Kronikarze i kaznodzieje piszący głównie w drugiej połowie XV stulecia ciągle musieli się stykać z wiarą w nadprzyrodzone siły biorące swoją genezę z poprzedniego systemu wierzeń i uznali to za problem na tyle istotny, że skrupulatnie zanotowali w swoich rocznikach ich imiona oraz towarzyszące im zwyczaje. Najobszerniejszy zbiór XV-wiecznych relacji o polskich bożkach z jakim się spotkałem do tej pory przygotował Leszek Kolankiewicz w swojej książce Dziady. Teatr święta zmarłych. Praca profesora Kolankiewicza oscyluje wokół antropologii widowisk teatralnych a wierzenia dawnych Słowian są jedynie częścią tej książki sprawnie łączącej ze sobą rytuały z archaicznej Krety, obchody świąt ku czci Dionizosa w okresie klasycznym, obrzędy wczesnośredniowiecznych Słowian, praktyki szamanistyczne z Czarnej Afryki i współczesne przedstawienia teatralne. Piszę to gdyż książka jest bardzo wartościowa a w temacie samych wierzeń notowanych przez Długosza i współczesnych mu kronikarzy jest znacznie bardziej wyczerpująca aniżeli prace bardziej kojarzonych z tą tematyką specjalistów jak Gieysztor, Urbańczyk czy Łowmiański. Do tego książka Kolankiewicza nie jest tak stronnicza jak prace Aleksandra Brücknera, do którego jeszcze powrócę w tym odcinku. Trzeba mieć jednak na uwadze, że Dziady. Teatr święta zmarłych jedynie częściowo są poświęcone rekonstrukcji dawnych, pogańskich wierzeń z terenów Polski.

XV-wieczne relacje rozpoczyna Postylla Łukasza z Wielkiego Koźmina. Magister Lucas, prawnik, teolog i rektor Akademii Krakowskiej, jeden z nielicznych obrońców Jana Husa w kazaniu na Zielone Świątki ułożonym gdzieś w latach 1410-1412 pisał co następuje: “Należałoby zwrócić uwagę na tych, którzy dzisiaj mówią rzeczy bezbożne w tańcach lub gdzie indziej na widowiskach, rozważają w sercu rzeczy nieczyste, wykrzykują i wymieniają imiona bożków, i zastanowić się, czy jest możliwe ich nawrócenie do Boga Ojca. Na pewno nie.

Albowiem nie wolno dopuszczać do uszu swobodnie tych świąt, które niestety obchodzą wedle tego, co pozostało z obrządków przeklętych pogan, jakimi byli nasi przodkowie, chyba że dla ukarania, tak jak niegdyś podniósł się krzyk mieszkańców Sodomy i Gomory. Albowiem na tym święcie swobodnie stawały się nieprzyzwoite obnażenia i inne obrzydliwości, o których Apostoł powiada, że nie godzi się ich nawet nazywać z powodu Boga Ojca. Takich rzeczy jednak, dzięki temu, że przybyło kaznodziejów, zaprzestaje się, a w wielu miejscach już się zaprzestało…

Nie ma innego imienia pod niebem, w którym możemy zostać zbawieni. Albowiem nie zbawia się człowiek w imię Łado, Jassa, Quia, Nija, tylko w imię Chrystusa…

Nie Łada, nie Jassa, nie Nija, które są skądinąd imionami bożków tu w Polsce czczonych, jak zaświadczają niektóre kroniki samych Polaków…”

Zacytowany wyżej obszerny fragment Postylli Łukasza z Wielkiego Koźmina jest najstarszym zachowanym do naszych czasów dokumentem wymieniającym imiona rzekomych bogów dawnej Polski. Co ciekawe dokument ten odkryła i opublikowała dopiero w 1979 roku Maria Kowalczykówna stąd nie znajdziemy o nim żadnej wzmianki u Łowmiańskiego a nawet u Gieysztora, który swoją Mitologię Słowian wydał trzy lata później.

Imiona Łado, Jassa i Nija pojawią się jeszcze wielokrotnie w późniejszych relacjach, Quia który/która może być zlatynizowaną formą imienia Kij lub Kija pojawia się jedynie tutaj. O Nyji, który mógł być lokalną wersją jakiegoś bóstwa zaświatów przygotowałem rok temu cały odcinek, więc nie będę rozwodził się ponownie nad tym delikwentem, skupię się za to na pozostałych teonimach. Zanim jednak przejdę do nich przybliżę pozostałe źródła, które wspominają o polskich bożkach.

Kolejnym źródłem na liście jaką przygotował Leszek Kolankiewicz są pochodzące z okolic 1420 roku Statuta provincialia breviter, które mówią: “Zabraniajcie również klaskań i śpiewów, w których się wzywa imiona bałwanów Lado, Yleli, Yassa, Tya, a które się zwykło odprawiać podczas Zielonych Świąt”. W tych statutach prowincjonalnych spotykamy ponownie Łado i Jassę, na scenie pojawia się Tyja, która może być zarówno Nyją jak i Quią, a także tajemnicze bóstwo Yleli. Autor stautów ubolewa nad praktykami pospólstwa, które śpiewem, tańcem i klaskaniem wzywało imiona jakichś pogańskich sił.

W 1423 roku powstał w Częstochowie rękopis Kazań Konrada na rok liturgiczny w którym spotykamy kolejną wzmiankę czterech imion bożków oraz charakter dedykowanych im obrzędów: “niestety nasi starcy, starki i dziewczęta nie przykładają się do modłów, aby byli godni przyjąć Ducha św., ale niestety w te trzy dni Zielonych Świątek, co by należało spędzić na rozmyślaniu, schodzą się starki, kobiety i dziewczęta nie do kościoła, nie na modły, ale na tańce, nie Boga wzywać, ale diabła, mianowicie Ysaya, Lado, Ylely, Yaya… Tacy… jeśli nie będą pokutować, przejdą z Yassa, Lado na wieczne potępienie”. W kazaniach Konrada spotykamy więc ponownie starych dobrych znajomych z poprzednich dokumentów – Jassę, Łado, Ylely oraz jakiegoś jegomościa o imieniu Yaya, który z całą pewnością niewiele miał miał wspólnego z produktem spożywczym dostarczanym przez ptactwo hodowlane. Prawdopodobnie Yaya to jakaś zniekształcona wersja poprzednich teonimów takich jak Tyja, Quia lub Nyja. O enigmatycznym Nyji w 1440 roku wspomni w swoim Traktacie o ortografii polskiej Jakub Parkoszowic, twierdząc że było to z całą pewnością imię jakiegoś bożka.

To jeszcze nie koniec wzmianek o korowodzie bożków o egzotycznych imionach, fantastycznie pasujących do refrenów ludowych przyśpiewek. Około 1450 roku niektórzy z nich pojawiają się w Postylii Husyckiej. Postyllami nazywano komentarze do Pisma św. bądź zbiory kazań, których celem było przystępne komentowanie fragmentów Biblii. W tej husyckiej, nazwanej tak od wyznania jej autora czytamy co następuje: “Polacy jeszcze teraz około Zielonych Świąt czczą bożków Alado, Gardzyna, Yesse i niestety owym bożkom większą cześć źli chrześcijanie oddają niż Bogu, bo dziewczęta, co cały rok nie chodzą do kościoła chwalić Boga, wtedy zwykły przychodzić ku czci bożków”. W Postylli ponownie spotykamy Yesse i Łado, tym razem jako Alado, ale według Brücknera litera “a” pojawiająca się na początku nazwy bożka była tylko spójnikiem, nie częścią jego imienia. Pewne zdziwienie może wywoływać termin “gardzyna”, ale nie jest to żaden nowy bóg. W języku staropolskim terminem gardzina określało się mocarza, bohatera, herosa stąd termin ten towarzyszy tutaj jednemu z bożków, może gardziną jest Łado, a może Jesze? Zanim przejdziemy do Roczników Jana Długosza warto wspomnieć, że imiona Ałado, Ajesze pojawiają się jeszcze raz około 1450 roku w glosie, czyli komentarzu do żywotu św. Adalberta.

Jak więc widzimy na podstawie powyższej listy Długosz tworząc swoje kroniki nie wymyślał sam dawnych, lechickich bogów, mógł co najwyżej wymyślić ich atrybuty i pole działania, natomiast ich imiona pojawiały się we wcześniejszych źródłach. Dzisiaj znamy sześć takich źródeł wyprzedzających krakowskiego kanonika, ale z pewnością mogło być ich więcej. Autor pierwszego z cytowanych przeze mnie dokumentów otwarcie stwierdza, że istnienie imion starych polskich bożków potwierdzają niektóre kroniki, których nie wymienia niestety z nazwy.

Jan Długosz zostawił nam całkiem obszerny fragment opowiadający o przedchrześcijańskich wierzeniach, a mianowicie: “Wiadomo też o Polakach, że od początku swego rodu byli bałwochwalcami oraz że wierzyli i czcili mnóstwo bogów i bogiń, mianowicie Jowisza, Marsa, Wenerę, Plutona, Dianę i Cererę, popadłszy w błędy innych narodów i szczepów. Jowisza zaś nazywali w swoim języku Jessą, wierząc, że od niego jako najwyższego z bogów przypadały im wszystkie dobra doczesne i wydarzenia zarówno niepomyślne, jak i szczęśliwe. Jemu więc też większą aniżeli innym bóstwom cześć oddawali i częstszymi wielbili ofiarami. Marsa nazywali Ładą. Wyobraźnia poetów uczyniła go wodzem i bogiem wojny. Modlili się do niego o zwycięstwa nad wrogami oraz o odwagę dla siebie, cześć mu oddając bardzo dzikimi obrządkami. Wenerę nazywali Dzidzileylą i mieli ją za boginie małżeństwa, więc też upraszali ją o błogosławienie potomstwem i darowanie im obfitości synów i córek. Plutona nazywali Niją, uważając go za boga podziemi i stróża oraz opiekuna dusz, gdy ciała opuszczą. Do niego modlili się o to, aby wprowadzeni byli po śmierci do lepszych siedzib w podziemiach. Temu bogu wybudowano w mieście Gnieźnie najważniejszą świątynię, do której pielgrzymowano ze wszystkich stron. Dianie natomiast, uważanej według wierzeń pogańskich za niewiastę i dziewicę zarazem, matrony oddawały cześć przez składanie przed jej posągami wieńców. Rolnicy zaś i prowadzący gospodarkę rolną czcili Cererę, na wyścigi składając jej w ofierze ziarna zbóż. Za bóstwo uważali także pogodę i takoż zwali je Pogodą, czyli dawcą dogodnego powietrza. Był też bóg życia zwany Żywie. A jako że państwu Lechitów wydarzyło się powstać na obszarze zawierającym rozległe lasy i gaje, o których starożytni wierzyli, że zamieszkuje je Diana i że Diana rości sobie władztwo nad nimi, Cerera zaś uważana była za matkę i boginię urodzajów, których dostatku kraj potrzebował, przeto te dwie boginie: Diana w ich języku Dziewanną zwana i Cerera zwana Marzanną cieszyły się szczególnym kultem i szczególnym nabożeństwem. Tym więc bogom i boginiom stawiali Polacy świątynie i posągi, ustanawiali kapłanów i dawali ofiary, wreszcie gaje ogłaszali za święte i w szczególnie bardziej uczęszczanych miejscach odbywali obrządki i modlitwy oraz zaprowadzali uroczystości z nabożeństwami, na które zbierali się mężczyźni i kobiety z dziećmi. Swoim tutaj bogom składali ofiary i całopalenia z bydła i trzód, niekiedy zaś z ludzi wziętych do niewoli, wierząc że ofiarami ubłagają mnóstwo rozmaitych gminnych bóstw. Na ich cześć ustanawiane były i urządzane igrzyska w pewnych porach roku… Obrządek tych igrzysk, raczej niektóre jego szczątki istnieją u Polaków aż do naszych czasów, mimo że wyznają oni chrześcijaństwo od 500 lat, powtarzane są co roku na Zielone Święta…”

Pomijam kolejne fragmenty poświęcone Marzannie i Dziewannie gdyż omawiałem je szerzej w odcinku poświęconym tej pierwszej bogini. Podobnie jak w przypadku Nyji nie będę się tutaj szerzej rozwodził nad Marzanną, jedynie na tyle na ile będzie to konieczne.

Jan Długosz w swoich Rocznikach wymienia więc następujące bóstwa: Jessa, Lyada, Dzidzilela, Nya, Pogoda, Żywie, Marzanna i Dziewanna. Kronikarz szybko przystępuje do zaszufladkowania wyżej wymienionych teonimów metodą, którą nazywa się powszechnie interpretatio Romana. Każde bóstwo musi według Długosza być jakimś wiernym odpowiednikiem bóstw rzymskich, stąd Marzanna jest Cererą, Jesse Jowisze, Lyada to Mars i tak dalej. Średniowieczni kronikarze i duchowni myśleli według określonych schematów wtłoczonych im do głów w procesie edukacji, jeżeli byli związani z łacińskim kręgiem kulturowym interpretowali nieznane sobie pogańskie postaci lub zjawiska religijne szukając analogii w kulcie starożytnych Rzymian. Jeżeli zaś duchowni byli bardziej związani z kulturą grecką to szukali analogii w mitologii mieszkańców starożytnej Hellady. W pewnym sensie naśladowali w swoich poszukiwaniach dzisiejszych religioznawców pracujących w myśl osiągnięć współczesnej mitologii porównawczej. Jan Długosz był więc takim średniowiecznym Georgem Dumezilem, z tym że naturalnie w swojej pracy nie posługiwał się w ogóle warsztatem naukowym, a jego wnioski były mocno wypaczone negatywnym nastawieniem do pogańskich wierzeń. Warto tutaj jeszcze zwrócić uwagę na niekonsekwencję Długosza w stosunku do bóstwa o imieniu Łado, które w jego Rocznikach jest Marsem, bogiem wojny natomiast w innym swoim dziele poświęconym znakom heraldycznym pod tytułem Znaki czyli godła Królestwa Polskiego ten sam autor twierdzi, że klejnot szlachecki “Łada” wziął swoją nazwę od bogini czczonej przez Polaków w mazowieckiej wsi Łada. Sam kanonik krakowski gubi się w zeznaniach, mógł być Łado bóstwem męskim lub żeńskim. Prawdopodobnie obie interpretacje, jedna wynikająca z szukania odpowiednika w kulturze antycznej a druga w bliskoznacznym toponimie jakim była wieś Łada są siebie warte. Możliwe, że wytłumaczenie genezy tego bóstwa jest znacznie prostsze i znalazł je już pod koniec XIX wieku Aleksander Brückner, który twierdził, że “Łado jest wołaczem od łada, oblubienica, kochanka, żona – i oblubieniec, mąż, bo to słowo obydwie płcie oznacza; z Marsem nie ma nic wspólnego. (…) My dziś o ładzie zapomnieli, ale dawny ruski i czeski język ją i jego dobrze znają; w Słowie Igorowym żona stęskniona woła: <przykołysaj ładę moją, ku mnie>”. Leksem łada ma zasięg ogólnosłowiański a jego geneza z całą pewnością sięga czasów prasłowiańskich, ale większość badaczy odrzuca łączenie go z jakimś konkretnym bóstwem. Częściej zwracają uwagę na jego popularność w charakterze wykrzykników w dawnych pieśniach ludowych, które były niezrozumiałe dla średniowiecznych skrybów. Stąd uznawali je za imiona bóstw, podczas gdy wcale nie musiało tak być.

Nie lepiej jest z pozostałymi bóstwami, Jesse ma być odpowiednikiem Jowisza, ale i w jego przypadku ciągle najpopularniejsza jest interpretacja zaproponowana ponad sto lat temu przez Brücknera, który w jesza widział partykułę życzeniową oznaczającą oby!, niech się stanie! Jak zauważył Michał Łuczyński w studium onomastycznym słowiańskich teonimów podobnie jak z wcześniejszym łado jesza byłby więc wyrazem pospolitym, który dzięki Łukaszowi z Koźmina uległ demonizacji a następnie, kilkadziesiąt lat później wtórnej mitologizacji dzięki Długoszowi.

Kolejnym domniemanym prapolskim bóstwem, które pojawia się wyłącznie w Rocznikach jest tajemnicza Dzidzilela mająca być słowiańską Wenerą czyli boginią miłości. Teonim ten próbowano tłumaczyć jako Dziecilelę, czyli kobietę piastującą, kołyszącą małe dzieci, niemowlęta, od staropolskiego czasownika lelejać – piastować, kołysać. Pojawiła się jednak konkurencyjna teoria, która widziała w tej bogini piastunkę nie dzieci ale dziadów, czyli zmarłych. Takie założenie wysunął Leszek Kolankiewicz widząc w niej Dziedzilelę, piastunkę dziadów. Obie wersje funkcjonują niezależnie i z całą pewnością nie dojdziemy czy Dzidzilela piastowała niemowlęta czy dusze zmarłych. Bardzo możliwe, że nie była też żadną boginią, a jej imię powstało na skutek błędnego odczytania przyśpiewu jako imienia żeńskiego.

Nie lepiej wygląda sytuacja z Pogodą i Żywiem, w jednym i drugim przypadku uważa się je za bóstwa literackie, czasem próbuje się je łączyć z Podagą i Siwą – tajemniczymi teonimami zanotowanymi przez Helmolda z Bozowa na Połabiu, ale prawdopodobieństwo że mają ze sobą coś wspólnego jest znikome.

Aby wyczerpać temat domniemanych bóstw z prapolskiego panteonu jaki pojawia się na kartach kilku przytoczonych przeze mnie wcześniej średniowiecznych dokumentów musimy rzucić okiem na ileli, yleli, leli, który jest najczęściej  interpretowany jako Lel. Co ciekawe yleli pojawiający się w piętnastowiecznych kronikach jedynie dwukrotnie w kolejnym stuleciu będzie już stałym bywalcem historycznych annałów. Po długiej przerwie do kronik wprowadzi go ponownie pisarz i lekarz Maciej Miechowita w 1521 roku i od tego czasu Lel nie tylko będzie pojawiał się w każdej kolejnej XVI-wiecznej księdze traktującej o prapolskiej mitologii, z czasem dorobi się nawet kogoś na kształt brata bliźniaka – Polela. Z każdą kolejna publikacją częściej pojawiać się będzie imię Leli-Poleli, Lelus-Polelus aż w końcu powstaną Lel i Polel, mityczni, słowiańscy bracia bliźniacy w których Aleksander Gieysztor będzie chciał widzieć odpowiednik greckich Dioskurów, słynnych bliźniaków Kastora i Polydeukesa, w tradycji łacińskiej znanych jako Kastor i Pollux. Bliźniacy byli według mitologii synami Ledy i Dzeusa, a imię jej matki wydało się na tyle podobne do słowiańskiej Łady, że w Lelu i Polelu chcieli niektórzy dostrzec dzieci tej domniemanej bogini. Warto zauważyć, że ciągle funkcjonujące w mowie potocznej określenie lelum-polelum wywodzi się właśnie od zlatynizowanej wersji imion tych domniemanych bożków. W niektórych publikacjach można spotkać się wręcz z interpretowaniem drewnianej rzeźby dwóch zrośniętych ze sobą antropomorficznych postaci znalezionej na niemieckiej wyspie Fischerinsel jako Lela i Polela. Jest to interpretacja życzeniowa nie mająca żadnych dowodów, to tak jakby każdy starożytny wizerunek mężczyzny znaleziony na Krecie interpretować jako podobiznę króla Minosa. Analizy licznych lingwistów kończą się zazwyczaj wrzuceniem Lela i Polela do śmietnika razem z innymi tak zwanymi teonimami literackimi, czyli bóstwami stworzonymi na podstawie jakiejś pojedynczej wzmianki literackiej bądź błędnej interpretacji refrenu w przyśpiewce. Karol Potkański nieco bronił Lela zwracając uwagę na liczne toponimy, nazwy miejscowe jak Lelow, Lelechówka, Lelików czy Lelice, ale nie są to wystarczające dowody na boskość samego Lela, nie wspominając już o jego bracie bliźniaku.

Cechą charakterystyczną polskich kronik, jest to że im bliższe są naszych czasów tym więcej imion dawnych bóstw prapolskich dostarczają. Jak wspomniałem już wcześniej nie dysponujemy żadnymi teonimami dla ziem polskich z wczesnego średniowiecza gdy pogaństwo było jeszcze całkiem silne, ale mamy kilka z wieku piętnastego gdy zostało w najlepszym razie zepchnięte do podziemia. W wieku XVI i XVII imiona mnożą się w efekcie czego w tym drugim stuleciu mamy już grubo ponad dwadzieścia bogiń, bogów i bożków. Oprócz wcześniej istniejących pojawia się niejaki Pogwizd, Poświst, Grom, Boda, Heli, Węże, Słońce, Miesiąc, Planety i kilka innych. Gołym okiem widać, że kronikarze sami zaczynają dawać życie kolejnym bożkom czy to opierając się na własnej wyobraźni czy na zasłyszanych tu i ówdzie plotkach. Teonimy owe nie mają wystarczających potwierdzeń, aby brać je poważnie pod uwagę, łatwo zaś zabrnąć w długie, bezcelowe i finalnie bezpłodne analizy prawdopodobieństwa ich kultowego charakteru. Z tego powodu nie będę w ogóle zajmował się tymi Pogwizdami czy Gromami, gdyż z mojego punktu widzenia byłoby to bezowocne.

Panteon Jana Długosza przez wieki był brany jako niepodważalny pewnik, czasem tylko kolejni kronikarze odważali się poddać w wątpliwość interpretacje charakteru bóstw nie zaś samą ich prawdziwość. Prace Brücknera strąciły bogów Długosza z polskiego Olimpu, zdaniem słynnego slawisty zajmowanego przez nich niesłusznie. Z czasem listy prapolskich bóstw autorstwa XV-wiecznych kronikarzy, w tym również krakowskiego kanonika zaczęto traktować nieco przychylniej, ale finalnie najbliższe akceptacji wydają się jedynie postacie Marzanny i Nyji. Całej reszcie zaś w najlepszym wypadku została przypięta łatka bóstw rzekomych bądź literackich. Panteon Długosza funkcjonuje więc w nauce jako twór zrodzony po części z niezrozumienia ludowego folkloru a po części z usilnej chęci stworzenia dawnego, prapolskiego panteonu bóstw, które można by śmiało zestawić z tymi znanymi z mitologii ludów śródziemnomorskich. Średniowiecze obfitowało w mnóstwo takich inicjatyw, nie tylko w Polsce. Wiele ludów nie mogących się pochwalić spisaną historią sięgającą na więcej aniżeli trzy pokolenia wstecz postanowiło rękami swoich kronikarzy spreparować ją na poczekaniu. Cóż innego mogli zrobić gdy przyszło im stanąć oko w oko z kulturą, która mogła pochwalić się spisaną historią sięgającą nie dziesiątki ale setki a czasem nawet ponad tysiąc lat wstecz? Dowolny bizantyjski cesarz z dynastii macedońskiej zasiadającej na tronie nad Bosforem końcem X wieku mógł uważać się za spadkobiercę wszystkich cesarzy od Oktawiana Augusta poprzedzającego go o tysiąc lat. Dzięki swoim nadwornym kronikarzom i uczonym był w stanie, z mniejszą bądź większą dokładnością wymienić praktycznie wszystkich tych cesarskich poprzedników razem z ich najważniejszymi dokonaniami a czasem również garścią zabawnych anegdot otaczających ich panowanie. Do tego dochodziła ciągle przytłaczająca ilość zachowanych mitów, baśni, traktatów naukowych oraz innych osiągnięć literackich jakimi ciągle dysponowały archiwa cesarstwa bizantyjskiego czy innych spadkobierców Imperium Romanum. Wszystko to dodatkowo wzbogacone archaicznymi, bliskowschodnimi pamiątkami przemycanymi przez Biblię. Stąd kronikarze z północnych rubieży Europy tacy jak Widukind z Korbei, Saxo Gramatyk, Wincenty Kadłubek czy Jan Długosz nie widzieli nic niestosownego w preparowaniu historii swoich narodów oraz dynastii panujących tak, aby można je było wywieść od Rzymian, Greków czy innych Trojan. Nie inaczej postępowali w stosunku do domniemanych bogów, czczonych przez swych przodków, których imiona bezpowrotnie zapomniano.

 

W przygotowaniu tego odcinka szczególnie pomocny były:

Dziady. Teatr święta zmarłych, Leszek Kolankiewicz

Bogowie dawnych Słowian. Studium onomastyczne, Michał Łuczyński

Teksty źródłowe z roczników Jana Długosza oraz innych kronik.