Demony wodne – topielce

 

Życie naszych przodków nie należało do najłatwiejszych. Otoczeni z każdej strony przez złośliwe, bezlitosne i krwiożercze demony często musieli odczuwać lęk przed tym co przyniesie najbliższa przyszłość. W polu mogła ich zadusić południca, w lasach i bagnach grasowały biesy i czarty, po zmroku dzieci płakały przez nocnice, bezkost wysysał krew z wszystkiego co żyje, a nawet niewinna libacja w gronie rodziny i przyjaciół mogła skończyć się wizytą upierdliwego gnieciucha. A to tylko skromny wycinek potencjalnych zagrożeń. Nie opowiadałem jeszcze o demonach żyjących w zbiornikach wodnych, które bardzo chętnie przygarniały żyjących do swego królestwa. Najlepiej na stałe. Zapraszam do świata topielców i wodników.

 

Demony wodne - Topielce

by Mitologika | Słowiańskie Demony

 

Nigdzie w Słowiańszczyźnie nie darzono wody czcią porównywalną do kultu jaki spotykał ziemię, słońce lub ogień. Woda pomimo swoich życiodajnych cech budziła także lęk i niepewność. Wbrew powszechnym poglądom o nadnaturalnych uzdolnieniach będących udziałem społeczeństw pierwotnych, nasi przodkowie bali się wody, lasu bądź zjawisk atmosferycznych nie mniej niż my. W sumie to można nawet zaryzykować stwierdzenie, że bali się ich bardziej. Bez butli tlenowych i skafandrów do nurkowania przeciętny Słowianin mógł spędzić pod wodą bezpiecznie zaledwie kilkadziesiąt sekund. W efekcie nawet dno pobliskiego, płytkiego jeziora było dla niego tajemniczą krainą pewną dziwów i magicznych stworzeń. Sztuka pływania również nie była rozwinięta tak jak dzisiaj, nie było kursów, instruktorów i doświadczonych ratowników. Jak z wszystkim w tamtych czasach, najczęściej lekcje pobierałeś od rodziców. Utonięcia były nie tylko częste, ale w wielu wypadkach również niezauważone. Stąd już tylko krok dzielił naszego przodka o oskarżenie tajemniczych istot żyjących w głębi pobliskiego stawu. Lęk jaki Słowianie odczuwali przed wodnymi demonami popychał ich do składania im obfitych ofiar. Mieszkańcy głębin otrzymywali większe dary od demonów domowych i leśnych.

Pierwsza wzmianka o demonie wodnym w polskiej literaturze ma miejsce już pod koniec XIII wieku. Wtedy to ludność jednej z miejscowości zaczęła mieć kłopoty z łowieniem ryb w pewnym jeziorze. Zorganizowano więc religijną procesję, księża, rycerze oraz dużo pospólstwa ze świętymi obrazami, śpiewami i wodą święconą. Po odprawieniu nabożeństw zarzucono sieci. Za pierwszym razem nic nie złowiono. Za drugim, coś pogryzło sieci. Za trzecim w sieciach znalazł się przerażający potwór z głową kozła i czerwonymi ślepiami. Procesja rozpierzchła się czym prędzej a potwór oswobodził się z sieci i wrócił do swego apartamentu na dnie jeziora. Historia ta, kojarząca się z podobnymi importowanymi z zachodu opowieściami, może być w pewnym sensie oparta na wierzeniach ludowych, chociaż nie da się już stwierdzić ile w niej wyobraźni kronikarza a ile ludowych wierzeń. W każdym razie głowa kozła jest charakterystycznym wtrąceniem chrześcijańskim.

Demony zamieszkujące otchłanie wód zwano topielcami, wodnikami, utopkami, pływnikami, wirnikami a im bliżej niemieckiego obszaru językowego tym częściej mieliśmy do czynienia z Wassermannami. Nie mylić z tym od zabójczej wanny z hydromasażem. Stopniowo, w miarę postępów chrześcijaństwa większość wodnej menażerii była utożsamiana z chrześcijańskimi diabłami, które stopniowo przejmowały również cechy starych, poczciwych i niejednokrotnie głupkowatych biesów i czartów. O ile jednak bies bywał głównie złośliwy, lecz nie zabijał ofiar, o tyle topielce nie ograniczały się jedynie do wynurzania nieszczęśnika w jakimś bagnie. Wolały go utopić zasilając swoje podwodne królestwo.

Bardzo szeroko rozpowszechniony był pogląd, że topielcami stawali się samobójcy, którzy odebrali sobie życie przez utopienie. Geneza powstania demonów wodnych różniła się często od lokalizacji. Bestiariusz wodny był zresztą znacznie bogatszy na Warmii i Mazurach aniżeli w Małopolsce. W krainie jezior rzadziej spotykano się z wierzeniami w południce, których miejsce zajmowały gnieżdżące się w zbiornikach wodnych topielce.

Topielcem mógł zostać młody mężczyzna odtrącony przez ukochaną dziewczynę, która wolała wyższego i bogatszego sąsiada, który w stajni miał nie kozę, lecz ogiera. Nieszczęśnik rzucał się do pobliskiego jeziora i powracał jako demon, szczególnie łasy na zabawy z młodymi dziewczętami. Podobne historie pojawiały się na terenie całej Polski, z tą różnicą, że topielcami stawały się czasem również młode kobiety bądź mężczyźni uciekający przed powołaniem do wojska. Jedna z takich historii opowiada o młodzieńcu, który przywiązał sobie żelazną obręcz do szyi i tak utopił się chcąc uniknąć powołania do armii carskiej idącej na wojnę z Japonią w 1904 roku. Biedak prawdopodobnie z góry przewidział wynik konfliktu.

Topielcem mogło zostać również nieślubne dziecko, utopione przez bezduszną matkę, pragnącą ukryć swoją hańbę przed okolicą. Historie o małych utopiach, czyhających na wyrodne matki również zapełniają wiele stronic w lokalnych podaniach i legendach. W małych miejscowościach, gdzie wszyscy znali wszystkich trudno było ukryć ciążę. Tym większe było zaskoczenie gdy po jakimś czasie oznaki ciąży znikały, a o dziecku ani widu ani słychu. W takich sytuacjach cała okolica od razu podejrzewała, że delikwentka dziecko utopiła, a do miejscowego bestiariusza od razu dołączał nowy topielec, noszący nazwisko matki. W niektórych miejscowościach starsi ludzi byli w stanie przypisać takich spersonalizowanych topielców do każdego zbiornika wodnego. W niektórych grasowało nawet kilku jednocześnie.

Szeroko rozpowszechniona była wiara w powstawanie topielców z płodów kobiet, które utonęły będąc w ciąży. W tym jednak wypadku mały demon nie mógł już jednak nastawać na życie matki.

Przekleństwo rodzica miało duży udział w późniejszym skazaniu na los topielca. We wsiach leżących na prawym brzegu Pilicy, niedaleko Nowego Miasta istniało podanie o topielicy, która została przeklęta przez matkę, zdruzgotaną tym, że jej latorośl oddała się niechrzczonemu Żydowi. Na wschodnim Mazowszu zachowało się kilka relacji o żydowskich topielcach, które były szczególnie zawzięte na chrześcijan przekraczających rzeki, w których grasowali. Niedaleko Wyszkowa na Bugiem dawno temu przewróciła się łódka z kilkoma Żydami, którzy utonęli na miejscu. Po wielu latach ciągle opowiadano o tym zdarzeniu, a występujące w niektórych miejscach wiry wciąż nazywano żydowskimi. Nie ochrzczeni topielcy z wielką zaciekłością starali się topić chrześcijan w tych miejscach.

Często spotykano się także z poglądem, że topielcem mógł się stać ten, kto zażywał kąpieli w niedozwolonych dniach bądź okresach. Kąpiel w niedziele przed południem czy znaczniejsze święta, jak św. Jana (24 czerwca), św. Piotra (29 czerwca) bądź we Wniebowzięcie (15 sierpnia) była niewskazana i mogła obudzić złe moce. Często pojawiał się pogląd, że kąpiel w miesiącach zimowych kończyła się tragicznie co mogło być odzwierciedleniem rzeczywistości. Ludzie zdawali sobie sprawę, że kąpiele w chłodniejszych miesiącach często kończyły się powikłaniami dla zdrowia, więc dorabiali sobie mistyczne wytłumaczenia zakazów takich czynności.

Generalnie jednak, w zdecydowanej większości wypadków to samobójcza śmierć przez utopienie była uważana za najczęstszą przyczynę stania się topielcem.

Wiemy już skąd brały się topielce, jak jednak wyglądały? Postacie jakie przybrać mógł topielec były skrajnie różne. Bardzo często topielce pozostawały w takiej postaci, jaką miały w momencie śmierci. To pozwalało rozróżniać ich i czasem zwracać się do nich po imieniu jakie nosili za życia. Kilkukrotnie uratowało to życie ich ofiarom, które były w stanie nawiązać dialog z demonem, zawstydzić go jakoś lub wybłagać ocalenie. Przebywanie w wodzie wpływało na ich aparycję, we włosach plątały się wodorosty, odzież była mokra i postrzępiona. Sporadycznie fizjonomia mogła, co zrozumiałe ewoluować w kierunku charakterystycznym dla stworzeń wodnych. Pojawiały się błony pomiędzy palcami stóp i dłoni, skrzela, rybia łuska. Często pojawiała się wzmianka o niewiarygodnej sile jaką demon czerpał z wody, lecz tracił bardzo szybko po wyjściu na brzeg. Stąd walka z topielcem w odmętach jeziora niechybnie prowadziła do katastrofy, lecz na brzegu człowiek miał znacznie większe szanse na sukces.

Topielec mógł przybierać postaci zwierząt, najczęściej koni, które samotnie pasły się nad rzekami. Widok pięknego, samotnego rumaka kusił młodych mężczyzn niemal tak samo jak spotkanie młodej, nagiej rusałki. Przed wynalezieniem samochodów to konie wzbudzały te same emocje, które dzisiaj towarzyszą mężczyznom oglądającym nową Teslę albo Porsche. Dosiadanie takiego konia często kończyło się tragicznie – gdy tylko poczuł na sobie jeźdźca, koń gwałtownie ruszał do wody i ginął w jej odmętach razem z ofiarą.

Wydaje się, że czasem z topielcami mylono wodne, drapieżne zwierzęta, na przykład szczupaki, które niegdyś spotykano często w naszych rzekach. Szczupakom można przypisać niektóre relacje o topielcach atakujących kaczki lub mniejsze pływające zwierzęta – żaby lub gryzonie.

Oprócz ataków zwierząt czy zwyczajnych utopień napaścią demona można było wytłumaczyć także zwyczajne przestępstwa. Ot, jak donoszą etnografowie, nad brzegiem pewnej rzeki, niedaleko dworu w miejscowości o nazwie Kobylanka mieszkało kiedyś rodzeństwo, brat i siostra. Pewnego dnia dziewczyna wracająca do domu została zagadnięta przez nieznajomego, lecz elegancko ubranego mężczyznę, który chciał z nią zatańczyć. Przynajmniej tak wspominali świadkowie. Już nie wróciła do domu. Następnego dnia na brzegu rzeki znaleziono roznegliżowane zwłoki młodej dziewczyny. Ubranie było rozrzucone na brzegu, ciało nosiło ślady przemocy. Dzisiaj zawiadomilibyśmy policję i szukali gwałciciela mordercy, dawniej jednak uznano zajście za napaść topielca, który przybrał postać eleganckiego mężczyzny.

Czy można było uniknąć ataku topielca? Generalnie, było to trudne, ale zachowały się relacje o spotkaniach ze szczęśliwym zakończeniem. Wierzenia chrześcijańskie sugerowały noszenie świętych amuletów, na przykład poświęconych krzyżyków na piersiach bądź zwyczajne przeżegnanie się przed wejściem do wody. Sporadycznie topielca można było „zagiąć”, zadając mu jakieś pytanie na które nie znał odpowiedzi. Wydaje się to dziwne, że nasz mokry demon w ogóle chciał wchodzić w jakieś dywagacje z potencjalnymi ofiarami, ale czy może być coś dziwniejszego niż sam fakt, że ktoś wierzył w coś takiego jak topielec? Wracając do meritum, topielca można było zaskoczyć oderwanym od rzeczywistości pytaniem. Bohdan Baranowski podaje ciekawą historię, mianowicie pewna kobieta piorąca bieliznę nad rzeką została z nienacka pochwycona przez topielca i wciągnięta do wody. Niechybnie utonęłaby gdyby nie jej przytomność umysłu. W pewnym momencie krzyknęła do potwora „pozdrowienia od Małgorzaty!”. Zaskoczony topielec przerwał atak i zaczął rozpytywać się o jaką to Małgorzatę chodzi? Zajęty rozkminką co to za Gośka nie zauważył, że ofiara zdążyła już dostać się do brzegu. Podejrzewam, że podobne historie były jednymi z tych, które obdarzeni bujniejszą wyobraźnią wymyślali na poczekaniu aby bawić sąsiadów w trakcie spotkań towarzyskich, przy wódce i ognisku. Z czasem weszły one do podań ludowych, a my po latach możemy z poczuciem wyższości pokiwać głową nad rzekomym zabobonem i naiwnością przodków.

W niektórych rejonach Słowiańszczyzny aby uchronić się przed atakami wodnych demonów poświęcano im w ofierze zwierzęta, topione w regularnych odstępach czasu. W Rosji, nad rzeką Oką (dopływ Wołgi) co roku miejscowi chłopi składali się na konia, którego kupowali bez targowania, tuczyli kilka dni a następnie nasmarowawszy mu łeb miodem i uwiesiwszy dwa koła młyńskie u szyi topili w odmętach. W wielu rejonach zamieszkanych przez Słowian spotykano podobne praktyki, z tym że częściej topiono kury bądź gęsi. Z takimi przypadkami spotykano się także w Polsce, gdzie w niejednej miejscowości utopienie kury w odmętach przynosiło rok spokoju. Prawdopodobnie były to echa dawnych wierzeń w przedchrześcijańskie demony, które trzeba było ugłaskać takimi właśnie ofiarami.

Niegdyś z lekceważeniem odnosiłem się do podobnych wierzeń. Moje poglądy zmieniły się jednak całkiem niedawno, gdy sam na własne oczy spotkałem topielca. Było to w Bieszczadach, wiosną 2019 roku. Siedząc nocą, przy ognisku z grupą znajomych, wśród których kilku było z mojej grupy rekonstrukcyjnej, usłyszeliśmy nagle ludzki głos dochodzący znad strumyka. Warto tutaj dodać, że paliliśmy ognisko tuż nad wodą. Ludzkie głosy znad strumyka należały do samotnego mężczyzny, głos wskazywał na konsumpcję alkoholu w ilościach mocno przekraczających rozsądne normy. Pomogliśmy mu przedostać się do nas i posadziliśmy Pawła, bo tak zwał się ten topielec nad ogniskiem. Nie byliśmy w stanie dowiedzieć się niczego o jego przeszłości oraz celach poza tym, że szukał noclegu, co było rozsądne jeżeli wziąć pod uwagę, że była już północ. W Bieszczadach.

Topielec Paweł zniknął tak nagle jak się pojawił, tuż po północy, prawdopodobnie korzystając z zamieszania jakie zawsze wynika gdy w powietrzu unosi się za dużo procentów, wskoczył z powrotem do swego strumienia i zniknął w nim zostawiając nas samych z zagadką – kim był i czego chciał? Tego nie dowiemy się już nigdy…