Płanetnicy i latawce

 

Słowianie jak każdy lud stojący na dość prymitywnym stopniu rozwoju kulturalnego tłumaczyli sobie zjawiska atmosferyczne sposobami, których na pewno nie nazwalibyśmy mianem naukowych. Huragany zrywające dachy były wywołane gniewem kapryśnego demona tak samo jak piorun czy ulewa. Niejednokrotnie pewne zjawiska atmosferyczne miały swojego własnego patrona, który zajmował się tylko i wyłącznie ich realizacją. Społeczeństwa starożytne i średniowieczne były niemal w całości złożone z rolników, którzy stanowili ponad 90% całej populacji. Ktoś kiedyś powiedział, że historią ludzkości nazywamy przygody najbogatszego 1% populacji, podczas gdy cała reszta pracowała w polu. Nie trudno jest więc zrozumieć, że dla tych ludzi, żyjących bez supermarketów, chłodni, nawozów sztucznych kluczowe znaczenie miało kiedy, w jakiej ilości i gdzie spadnie deszcz.

 

Płanetnicy i latawce

by Mitologika | Słowiańskie Demony

 

Sam deszcz nie musiał być wcale błogosławieństwem ratującym przed zdradliwą suszą. Co bowiem gdy przyniósł gradobicie? Dla małej, średniowiecznej społeczności mogło to oznaczać głód i depopulację. Dlatego też we wszystkich kulturach rozwinęła się wiara w modlitwy i zaklęcia, które mogły oddalać lub przywoływać upragnione oberwanie chmury.

Gwałtowny, chłodny wicher mógł mieć bardziej jednostkowe oddziaływanie, które również starano sobie wytłumaczyć zjawiskami nadprzyrodzonymi. Szczególnie chłopi pracujący nago w polach byli narażeni na zwyczajne przewianie. Ból i paraliż mięśni towarzyszący tej dolegliwości przychodził bardzo szybko i jeszcze w XX wieku tłumaczony był działalnością złośliwego demona, który zaatakował nieszczęśnika pod postacią wiru powietrznego.

Aby lepiej zrozumieć wierzenia naszych przodków musimy wpierw zrozumieć jak patrzyli oni na niebo, chmury, wiatr, ulewę. Na Słowiańszczyźnie zachowało się wyjątkowo mało śladów po wierzeniach w bóstwa nieba co nie wyklucza w żadnym wypadku ich istnienia. Wyraźnie daje się jednak zauważyć pewien dualizm w pojmowaniu zjawisk atmosferycznych, szczególnie burzy.

Dla współczesnego nam człowieka, burza jest często przerażającym zjawiskiem, zwłaszcza jeżeli przyszło mu ją spędzić na dworze. Pochmurne niebo smagane wichrem, rzęsisty deszcz, od czasu do czasu groźny piorun przecinający nieboskłon. Od deszczu można zmoknąć, wiatr może porwać czapkę a piorun uszkodzić elektronikę bądź trafić w jakiegoś nieszczęśnika. Czy nasz przodek, patrzący w burzowe niebo widział to samo co my? Widzieć mógł coś podobnego, lecz na pewno inaczej tłumaczył sobie cały ten harmider.

Przede wszystkim, dla słowiańskiego chłopa burza była personifikacją konfliktu, wielkiej batalii jaka toczyła się pomiędzy upostaciowionymi siłami przyrody. Wichry niemal zawsze były łączone z istotami demonicznymi, złymi duchami szkodzącymi ludziom. Powszechnie nienawidzono i lękano się silnego wiatru. Jak pamiętamy to właśnie wichry rodzące się w letnie południe wśród pól łączono z przerażającymi południcami. Wicher mógł być tak naprawdę polnym czartem, wyjątkowo paskudnym demonem pędzącym wśród zawieruchy z wnętrznościami wylewającymi się z otwartej jamy brzusznej. Wśród wichru bałkańscy Słowianie mogli dostrzec wiły lub nawki – potępione dusze żerujące pod postacią ptaków na słabszych – dzieciach i ciężarnych kobietach, którym wydziobywały płody. Burza mogła skrywać także potężniejsze demony – jak na przykład bułgarskie lamie lub chały walczące z zazwyczaj przychylnymi ludziom żmijami. Te konflikty na szczycie rzadko mogły przynieść coś dobrego człowiekowi, który mógł jedynie biernie obserwować apokaliptyczne bitwy w przestworzach.

Także meteoryty miały swoje, logiczne wydawałoby się wytłumaczenie. Szczególnie bałkańscy Słowianie zwykli widzieć w nich żmijów, wracających wieczorem do swoich ludzkich kochanek bądź niosących skradzione bogactwa swym władcom – czarnoksiężnikom. Wraz z rosnącymi wpływami chrześcijaństwa coraz częściej w meteorach widziano czarownice lub wręcz czarty. Stąd też okolice miejsca, w którym spadł meteoryt skwapliwie przeczesywano w poszukiwaniu nieproszonych gości. Bardzo często w jakiejś pobliskiej chatce znajdowano podejrzaną starszą babcię, która miała pecha znaleźć się w złym czasie i miejscu.

Odmienne uczucia towarzyszyły jednak tym wydawałoby się najbardziej przerażającym zjawiskom atmosferycznym – piorunom. W wielu przedchrześcijańskich kulturach pioruny łączono z potężnym bóstwem lub bóstwami nieba. Nie inaczej było wśród Słowian, którzy według pozostałych relacji mieli łączyć je z bogiem Perunem. A przynajmniej Słowianie wschodni zamieszkujący Ruś. Piorun był zjawiskiem pożytecznym, był znakiem że dobre bóstwo prowadziło walkę z demonami, błyskawica była tutaj swego rodzaju pociskiem ciskanym w czarty, chały, lamie, wiły. Ciskać mogły nie tylko wysokie bóstwa, zdolność tę posiadali także żmijowie i płanetnicy.

Po wprowadzeniu chrześcijaństwa stanowisko Gromowładnego zajął św. Eliasz. W Biblii czytamy, że ów Eliasz został w otoczeniu błyskawic zabrany ognistym rydwanem do nieba. To wystarczyło, aby uczynić go władcą burzy. Odtąd to on, nie zaś Perun ogniem niebiańskim walczył ze złośliwymi czartami.

Powszechnie wierzono, że resztkami takich boskich pocisków są skamieniałe belemnity, które zbierano i przechowywano jako relikwie. Sama nazwa tego głowonoga wywodzi się z greckiego słowa belemnos – pocisk, strzała.

Człowiek mógł oberwać piorunem tylko jeżeli demon skrył się w jego ciele bądź tuż za nim. Stąd bierze się przesąd zabraniający stawania pod drzewami w czasie burzy. Pod drzewami zwykły się bowiem chować demony lękające się piorunów.

Śmierć od pioruna była dla człowieka błogosławieństwem i nikt go nie żałował. Piorun uświęcał ofiarę, dawał gwarancję szczęścia w zaświatach. Wśród chrześcijan uważano, że dusza szła od razu do nieba, podobnie jak dusza zabitego w boju wojownika lub kobiety zmarłej w połogu. Nie można wykluczyć, że jest to pozostałość pierwotniejszych wierzeń. Miejsca po uderzeniu pioruna często stawały się miejscami pielgrzymek, drzewa trafione przez boski pocisk uznawano z miejsca za święte. Z pożarami wywołanymi przez uderzenia piorunów przeważnie nie wolno było walczyć, sporadycznie dozwalano gaszenie używając mleka.

Podobne wierzenia często kończyły się tragicznie. W 1887 roku mężczyzna trafiony przez piorun w okolicach Charkowa nie otrzymał żadnej pomocy pomimo, ze dawał oznaki życia. Umarł po kilku godzinach.

Demony powietrzne brały swój początek podobnie jak ich wodni, leśni czy polni bracia najczęściej z dusz potępionych osób. Szczególnie samobójstwo przez powieszenie groziło zamianą w demona hulającego w przestworzach. We odłamach chrześcijaństwa (prawosławnym, katolickim i protestanckim) samobójstwo było traktowane jako ciężkie wykroczenie, zaś delikwenta który zdecydowałby się na takie rozwiązanie swoich problem na łez padole czekało potępienie. Samobójców grzebano pod płotem, w anonimowych grobach, w niepoświęconej ziemi. Wieszając się na gałęzi drzewa, samobójca oddawał się we władanie diabłom, które uradowane takim nabytkiem chętnie porywały go ze sobą w przestworza, rozpoczynając szaleńczy taniec, częstokroć przypominający wir powietrzny. Duży udział miały także dusze nieochrzczonych dzieci oraz ladacznic, które jak wiemy zasilały niemal każdy gatunek istot demonicznych.

Na terenach Polski najpopularniejszymi demonami związanymi ze zjawiskami atmosferycznymi były latawce i płanetnicy. Oba gatunki różniły się znacznie charakterem działania, latawce były niemal wyłącznie szkodliwymi demonami, podczas gdy płanetnicy mogli sporadycznie pomagać ludziom. Pochodzenie latawców oraz samej ich nazwy nie ma póki co pewnego wyjaśnienia, demon ten może brać swój początek jeszcze w czasach przedchrześcijańskich. Latawiec miał być bardzo wszechstronnym indywiduum, trudnił się mianowicie nie tylko pospolitym szkodzeniem chłopom poprzez niszczeni ich plonów. Latawiec był również zainteresowany łamaniem serc niewieścich i uwodzeniem pięknych dziewcząt. W tym celu był w stanie przybrać postać pięknego, skrzydlatego młodzieńca. Naturalnie po zdobyciu upragnionej dziewczyny demon znikał bez słowa zostawiając biedaczkę załamaną obrotem spraw. Żaden Józek czy inny Kazek nie był już w stanie wygodzić takiej kobiecie. Ciężko cieszyć się pasztetową, gdy jeszcze wczoraj miało się w ustach szynkę parmeńską. Prywatnie zastanawiam się na ile istota lubieżnego demona miała wpływ na powstanie określenia „latawicy”, które to przylgnęło w wiejskiej tradycji do dziewcząt chętnie obdarzających losowych mężczyzn przyjaźnią swego łona, czyli po prostu puszczalskich.

Postać latawca przypomina nieco bałkańskiego żmija, który w ostatnich stuleciach przeszedł ewolucję od wężowatego smoka do demona o ludzkiej postaci, tyle że obdarzonego skrzydłami pod pachami. Bałkańscy żmijowie występujący pod postacią pięknych młodzieńców równie chętnie płodzili dzieci z młodymi kobietami.

Znacznie częściej bo na terytorium niemal całej Słowiańszczyzny spotykamy tzw. płanetnika, zwanego czasem także chmurnikiem lub obłocznikiem. Sama nazwa płanetnik wywodzi się od planety, więc nie może być określeniem przedchrześcijańskim, a najprędzej późnośredniowiecznym. Płanetnik mógł być demonem zatrudnionym pełnoetatowo w niebiańskich obłokach, który żył w chmurach prowadząc je przed siebie. Mógł być jednak także półdemonem, tj. człowiekiem obdarzonym pewnymi specjalnymi umiejętnościami, które aktywowały się w określonych porach. Pod tym względem nasz płanetnik przypominał zmorę żerującą na śpiących ludziach późną nocą.

Płanetnik zamieszkujący chmury mógł przybrać dowolną postać wahającą się od ciemnoskórego mężczyzny aż po łuskowatego smoka. Nie ma jednorodnej tradycji na temat tej persony, wynika to po części z olbrzymiej popularności demonów powietrznych. Zależność od pomyślnych opadów uruchamiał wyobraźnię a ta błyskawicznie zaludniała przestworza różnokształtną menażerią. Wielu chłopów do których dotarli etnografowie w XIX i XX stuleciu mówiło, że niejednokrotnie spotykało w polach wysokich, tęgich mężczyzn o srogim obliczu ciągnących za sobą burzową chmurę na grubej linie. W okolicach Tarnowa żył podobno niegdyś życzliwy ludziom płanetnik o graniastej głowie, olbrzymim ciele, czterech kłach i jednym oku na czole. W zamian za żywność chętnie naganiał on chmury miejscowym.

Szczęśliwa wioska, w której mieszkał doświadczony płanetnik – mógł on przyzywać chmury w potrzebie lub odganiać te niepotrzebne lub wręcz niebezpieczne. Etyka pracy płanetników prawdopodobnie nie różniła się dalece od tej spotykanej wśród ludzi i za pomocą spychologii próbowali oni przepychać problemy, tj. burzowe chmury do sąsiadów, a nuż nie zauważą?

Wiara w płanetników występujących w ludzkiej postaci była bardzo silna jeszcze w czasach zaborów. Zachowała się autentyczna historia o pewnym rosyjskim urzędniku Nikiforowie, który pod koniec XIX wieku pracował w guberni łomżyńskiej. Człowiek ów budził zainteresowanie swoim specyficznym wyglądem, mianowicie był wysokim mężczyzną o niewiarygodnie długich rękach i sporych dłoniach. Do tego zawsze nosił kapelusz z szerokim rondem i pelerynę. Miejscowa ludność szybko zauważyła, że obecność Nikiforowa dziwnie wpływa na opady deszczu. W jednej miejscowości podczas jego delegacji nie spadła ani kropla deszczu. Podczas gdy wszystkie sąsiednie nawiedziły srogie ulewy. Gdy został przeniesiony do innego miasta sytuacja odwróciła się i deszcze jakoby przyszły za nim. Chłopi mazowieccy wysłali nawet delegację do rosyjskiego gubernatora w Łomży, aby płanetnik Nikiforow został przysłany do ich okolicy. Gubernator prośbę rzekomo wyśmiał, a chłopów przegnał ze swojego gabinetu. Prawdziwości samej relacji nie sposób potwierdzić po ponad stu latach, ale porównując ją z żywymi w tamtych czasach przesądami nie można jej odrzucić.

Zachowały się relacje, że jeszcze na początku XX wieku gdzieniegdzie chłopom udawało się przekupić carskich oficerów, aby ci otwierali ogień z dział do nadciągających chmur deszczowych. Taka sytuacja miała miejsce w 1913 roku pod Mławą. Przekupieni Rosjanie otworzyli ogień z dział i muszkietów do nadciągających chmur, grad nie spadł a chłopi byli przekonani, że demon został pokonany, a może nawet zabity.

Prywatnie znam ludzi wciąż wierzących, że za chmurami huraganowymi kryją się złe duchy. Poważnie. Ich wiara to amalgamat chrześcijaństwa z prywatnymi urojeniami. Obiecujące pole do popisu dla ambitnego psychiatry. Myślę, że powinniśmy pozwolić im w to wierzyć, tak jak pozwalamy dzieciom czekać na prezenty od św. Mikołaja. To przecież element naszego folkloru, ewoluującego w nieznanym kierunku.