Strzygonie, upiory, wąpierze

 

– Mówią, że na ludzką krew upiór zajadły,

Gdy ofiarę wybierze, z której soki pije.

Ofiara umrzeć musi. – lecz zmarła ożyje,

I mordercy swojego postępując torem,

Znów niewinnych krew chłepcąc, staje się upiorem.

 

Strzygonie, upiory i wąpierze

by Mitologika | Słowiańskie Demony

 

Taką wizję upiora znajdujemy w wierszu poety Stefana Garczyńskiego, autora tworzącego w epoce romantyzmu, na wskroś przesiąkniętego ówczesnymi ideami oraz przesądami, garściami czerpiącego z ludowych relacji oraz legend. Upiory, strzygonie, wąpierze były nieodłącznym elementem słowiańskiego folkloru i jednymi z postaci demonicznych, o których możemy z całą pewnością powiedzieć, że rodowód swój wywodziły z czasów przedchrześcijańskich. Nasi pogańscy pradziadowie również spotykali ich na swojej drodze, najczęściej nocą, snujących się gdzieś w okolicach dawnych chałup, łapiących się strzępków przeszłości. Najczęściej krzywdząc tych, którzy pozostali na łez padole.

Do kultury masowej te krwiożercze istoty demoniczne przeszły głównie dzięki książce Brama Stokera o transylwańskim hospodarze, Władzie Tepeszu, zwanym Draculą, którego posądzano o wampiryzm. Sama nazwa wampir jest rdzennie słowiańska, występowała w wielu lokalnych wariacjach. Tak na przykład na ziemiach dawnej Polski częściej spotykano wypierze, gdzieniegdzie upiór zmieniał godność stając się Wypiórem, a poczciwa strzyga znana choćby z opowiadań o wiedźminie stawała się strzygoniem. Cały ten korowód fantastycznych postaci łączyło kilka cech, wśród nich zamiłowanie do aktywnego spędzania czasu po śmierci, najczęściej nocą, kosztem swojej rodziny bądź znajomych, skłonność do raczenia się krwią istot ciepłokrwistych, najczęściej ludzi.

Na wzmianki o upiorach natrafiamy już we wczesnym średniowieczu, wraz z postępującą chrystianizacją pojawiają się one na porządku dziennym. Będzie to jeden z najbardziej odpornych na przeciwności losu demonów, przetrwa bowiem aż do XX wieku, ustępując dopiero w okresie powojennym.

Jakimi cechami charakterystycznymi wyróżniały się wąpierze i upiory? Skąd się brały? Co lubiły robić w wolnym czasie? Z pośpiechem udzielam odpowiedzi na te ważkie pytania.

Upiory i ich kuzyni najczęściej bywali jednostkami obdarowanymi w jakiś sposób przez naturę. Ot na przykład urodzili się z sercem po prawej stronie, albo podwójnym szeregiem zębów, bądź zębami już w okresie niemowlęcym, wcześniej od innych. Czasem wystarczyła jedynie zrośnięta brew, sina twarz lub podejrzany brak owłosienia pod pachami aby przypisać komuś cechy upiora. Słowianie mieli szczególne podejście do duszy i niejednokrotnie byli skłonni przyjąć, że człowiek ma więcej aniżeli jedną duszę.

Dusza mogła opuścić ciało człowieka po śmierci, ale co się działo jeżeli miał on dwie dusze i druga nigdzie się nie wybierała? W przypadku wierzeń przedchrześcijańskich nie jesteśmy w stanie udzielić żadnej odpowiedzi poza przypuszczeniami. Znacznie łatwiej znaleźć odpowiedź korzystając z praktyk późniejszych, już ochrzczonych Słowian.

Nasi dziadowie wierzyli, że chrzest musi zostać przeprowadzony poprawnie, tzn. woda święcona musi dotknąć ciała niemowlęcia, w przeciwnym wypadku jego dusza może nie zostać ochrzczona, co zaowocuje problemami po śmierci. Nawet jednak prawidłowe ochrzczenie dziecka nie musiało oznaczać, że druga dusza którą miał w sobie została ochrzczona. Z pomocą w tej sytuacji przychodził sakrament bierzmowania. Kto go odpuścił wiele ryzykował. O ile ciężko było stwierdzić czy delikwent posiada dwie dusze czy też nie, bardzo łatwo było zauważyć czy jego serce jest po odpowiedniej stronie. Jeżeli serce było po prawej stronie to kto był w stanie powiedzieć, czy podejrzany nie miał też drugiego? Najprawdopodobniej schowanego tuż za pierwszym? Lepiej nie ryzykować i trzymać delikwenta na odległość. Takie historie miały miejsce naprawdę, o jednej z nich donosił Bohdan Baranowski pisząc o historii XIX-wiecznego chłopca żyjącego w Przedborzu nad Pilicą. Urodził się z sercem po prawej stronie, co mieszkańcy małej miejscowości odczytali jako swego rodzaju dewiację wskazującą na prawdopodobieństwo bycia upiorem. Od młodości był odtrącony przez rówieśników, żadna panna nie chciała go za małżonka, w końcu musiał wyemigrować do Warszawy. Tam zmarł po kilkunastu latach, a mieszkańcy Przedborza połączyli jego śmierć z dziwnymi zjawiskami jakie wystąpiły po niej. Młodzieniec stał się rzekomo upiorem, straszącym swych dawnych prześladowców.

Podwójny szereg zębów również wskazywał na naturę upiora, dlatego też jeszcze w XIX wieku chłopi, z lekceważeniem podchodzący do wyglądu i higieny bardzo dbali o wyrywanie zębów rosnących za innymi. Wszystko to, aby uniknąć posądzeń o demoniczną naturę. Jak widzimy ludzie obdarzeni nadliczbowymi organami znajdowali się w kręgu podejrzenia. A co z tymi, których nic nie odróżniało od przeciętności za życia?

Oni też mogli mieć nie lada problem, o ile zmarli tragicznie bądź pochowano ich zaniedbując najważniejszych sakramentów. Z poprzednich odcinków wiemy, że tragiczna śmierć w kwiecie wieku była najprostszym przepisem na los potępieńca po śmierci. Ludzie, którzy nie wykorzystali swego życia w pełni ginąc za młodu dyszeli żądzą zemsty na oprawcach bądź ludziach, których największą zbrodnią było to, że żyli. Wierzenia naszych przodków fantastycznie zakonserwowały napędzającą ich zawiść.

Upiorem często stawał się także człowiek, zwyczajnie zły dla innych. Może powszechna wiara w upiory jest swego rodzaju lustrem odbijającym relacje między sąsiadami w dawnych czasach? Czasach dalekich od sielanki jaką wyobrażamy sobie myśląc o tej Arkadii jaką zamieszkiwali nasi przodkowie, całej skąpanej w pastelowych barwach, gdzie wszyscy sobie pomagali, nikomu w głowie były jakieś dewiacyje zbereźne czy inne głupie pomyślunki. Człowiek człowiekowi wilkiem był za życia. Po śmierci zaś, upiorem…

Śmierć samobójcza w zamierzchłych czasach również nie była traktowana ze zrozumieniem i troską jak dzisiaj. Często patrzono na nią jako na wynaturzenie i zbrodnię przeciwko prawom boskim, oznakę szczególnej słabości i samolubności. Samobójcy często zmieniali się w upiory, stąd też praktyka grzebania ich pod płotem bądź na rozstajach dróg, pierwszy sposób utrudniał wydostanie się z gleby, drugi wprawiał żywego trupa w konsternację.

Gdzie iść, kiedy dróg tyle? Którędy do chaty mojej, gdzie rodzina czeka na psikusy. Szwagra postraszyć chciałem, ale nie mam jak, bo nie wiem jak do chaty wrócić.

Zostawmy już genezę, przejdźmy do modus operandi upiorów, strzygoni i wąpierzy. Demon najczęściej wstawał z grobu nocą i wracał doń przed świtaniem, przypadki gdy na stałe opuszczał swoją kryptę były niezmiernie rzadkie, lecz możliwe. W większości wypadków starał się szkodzić bliźnim, chęć niesienia pomocy była rzadkością, najczęściej zresztą odtrącaną przez jej potencjalnych beneficjentów beneficjentów, do szpiku kości przerażonych nocnym najściem dziadka Stefana, ledwo co pogrzebanego, który chciał pomóc w młócce albo dojeniu krów.

Warto zauważyć, że upiór najczęściej przyjmował postać jaką miał za życia, w dniu śmierci. Mógł jednak stać się niewidzialny bądź przeistoczyć się w zwierzę, psa, wilka, borsuka lub inne. Tą ścieżką podążyli twórcy jednego z nielicznych polskich horrorów o tytule Wilczyca, wyprodukowanego w 1983 roku, w okresie szczególnej szarości i agonii poprzedniego systemu. Zaraz zaraz, powiedziałem poprzedniego? Nie, miałem na myśli poprzednią wersję obecnego systemu, w jakim ciągle żyjemy. Film polecam, jest to takie kino klasy B, pomimo licznych mankamentów nie można mu odmówić specyficznego klimatu. W ramach ciekawostki powiem tylko, że ten właśnie film, zainspirował do ostatniej w jego karierze wycieczki na cmentarz słynnego poznańskiego nekrofila Edmunda Kolanowskiego.

Wróćmy jednak do meritum. Wskrzeszony demon opuszczał swój grobowiec i udawał się na żer. Jadłospis miał według podań niezbyt urozmaicony, prym wiodła w nim ciepła jucha, którą ochoczo chłeptał z tętnic ludzi i zwierząt. Wąpierz często charakteryzował się łakomstwem, chłepcząc krew w takich ilościach, że miał potem problem ze zmieszczeniem się w grobowcu. Nadmierna konsumpcja życiodajnego trunku mogła też zdradzić wąpierza. Czasami odkopywano groby zmarłych podejrzanych o prowadzenie nocnego życia. Jeżeli trup pomimo upływu jakiegoś czasu od śmierci nie rozkładał się, był opuchnięty lub wręcz przyrumieniony na twarzy to zapadał nań natychmiastowy wyrok. Taka sytuacja miała miejsce w okolicach Brzezin, gdzie pochowano kilku Niemców poległych podczas I wojny światowej. Po kilku dniach zarządzono ich ekshumację i przeniesienie w inne miejsce. Miejscowi chłopi szybko zauważyli, że jeden z podoficerów był nienaturalnie napuchnięty i świeży na twarzy. Diagnoza była błyskawiczna – upiór! Niemieccy żołnierze nadzorujący ekshumację wykazali się jednak kompletnym niezrozumieniem dobrych intencji miejscowych i nie zgodzili się na odcięcie głowy ani przebicie martwego towarzysza broni osikowym kołkiem.

Żywi w takich sytuacjach często sięgali po osikowy kołek, gwóźdź lub w bliższych nam czasach po ząb od brony. Tak uzbrojeni przebijali delikwentowi serce lub czaszkę. Do dzisiaj archeolodzy znajdują na dawnych cmentarzach przypadki osób noszących szczególne obrażenia głowy, które niejednokrotnie tłumaczy się jako obrażenia otrzymane w walce bądź ślady po chałupniczej trepanacji czaszki. Interpretacje bywają różne, jednak wszelkie dywagacje znikają gdy ktoś odkopie czaszkę ze sterczącym w niej gwoździem bądź kołkiem osikowym. Takiego właśnie delikwenta odkopano w 1870 w cegielni we wsi Byki niedaleko Piotrkowa Trybunalskiego, z jego czaszki sterczał wesoło kilkudziesięciocentymetrowy żelazny gwóźdź. To tylko potwierdza skuteczność tej metody antydemonicznej prewencji. Delikwent z grobu nie powstał.

Mamy podstawy sądzić, że na przebijaniu głowy lub piersi się nie kończyło, czasem przechodzono do poważniejszych zabiegów. Najbardziej drastycznym sposobem na unieruchomienie upiora w grobie było ucięcie mu głowy i umieszczenie jej pomiędzy jego nogami, tak aby nie był w stanie znaleźć jej dłońmi. Praktyka ta została zarzucona z czasem i właściwie nie spotykano takich przypadków już w XIX wieku.

Nie zawsze uciekano się do penetracji czaszki gwoździem bądź odcinania całej głowy, czasem na grobie rozrzucano ciernie bądź wbijano weń ostre przedmioty, ja na przykład noże, szkło tak aby upiór nie wydostał się z grobu nocą. Czasem wystarczyło przewrócić trumnę, tak aby nieboszczyk znalazł się twarzą do wnętrza ziemi a plecami do nieba. W przypadku mniej rozgarniętych wąpierzy mogło to poskutkować, po przebudzeniu zaczęli by się przekopywać do jadra ziemi. Z pewnością zajęłoby im to wiele czasu, a na końcu procesu wyszliby gdzieś w Mandżurii albo Korei.

Czasami robiono otwór w grobie i wlewano do środka wodę święconą, można też było włożyć kawałek metalu do ust zmarłego bądź włożyć do grobu jego ulubione przedmioty, tak aby nie musiał po nie wracać po śmierci. Aby uniknąć posądzeń o wampiryzm świeżo pogrzebanego dziadka dbano aby grabarzy mocno ubili ziemię na grobie. Gdyby tego nie zrobili spulchniona luźna ziemia mogła by zacząć opadać pod wpływem deszczu co często odczytywano jako zniknięcie głównego lokatora.

Warto zauważyć, że Kościół starał się zwalczać praktyki profanowania grobów i zalecał msze w intencji zmarłych. Rozwiązanie było godne samego Salomona, rodzina spała spokojnie, zmarły zostawał w grobie świątobliwa instytucja zarabiała na całym procederze. W XIX wieku pod strzechy zaczęła docierać prasa, również naukowa, w której starano się tłumaczyć przypadki wampiryzmu i przebudzeń po śmieci zwyczajnym letargiem jaki mógł dotknąć każdego. Starszy człowiek mógł na skutek choroby zapaść w letarg przypominający śmierć, nauka zna przynajmniej kilka chorób, które mogą w jednej z faz dać objawy przypominające zgon.

Upiory towarzyszyły naszym przodkom na terenie całej Słowiańszczyzny przez setki lat, ale myliłby się ten kto uważa, że wiara w nie wymarła. Z czasem przestano upiory, strzygonie i wąpierze zastąpiła wiara w duchy zmarłych, które mogą obcować z żyjącymi. Kościół chcąc nie chcąc potrafił zagarnąć również ten relikt dawnych, przedchrześcijańskich czasów.