25. Źródła pisane. Teksty bizantyjskie, islandzkie, czeskie i arabskie

 

W niemal wszystkich odcinkach powoływałem się na jakieś źródła pisane pochodzące z interesującej nas epoki, w przypadku odtwarzania wierzeń przedchrześcijańskich najwartościowsze materiały pochodzić będą z wczesnego średniowiecza. Przez wczesne średniowiecze rozumiemy okres od V do XI wieku, czyli czas gdy wiele ludów zamieszkujących kontynent europejski ciągle praktykowało tradycyjne wierzenia, często niezmącone w istotnym stopniu późniejszymi monoteistycznymi naleciałościami. W XI wieku mapa Europy nabiera kształtów a na jej powierzchni pojawiły się państwa, które przetrwają kolejne setki lat. Wprawdzie granice ciągle będą ulegać istotnym zmianom, nie będą one już jednak tak gwałtowne jak w tym okresie, który ciągle i często na wyrost zwie się Wiekami Ciemnymi.

 

Źródła pisane. Teksty bizantyjskie, islandzkie, czeskie i arabskie

by Michał Kuźniar | Słowiańskie Demony

 

Przedstawicieli gwałtownie ekspandującego w Wiekach Średnich chrześcijaństwo obarcza się dzisiaj licznymi zarzutami, za które w obecnym stuleciu mogliby odpowiadać przed Trybunałem Haskim, oczywiście o ile byliby po stronie przegranej jak Niemcy czy Japończycy podczas ostatniej wojny o zasięgu globalnym. Nie będę jednak dzisiaj zajmował się tymi problemami, skupię się jednak na czymś co chrześcijaństwo bez wątpienia upowszechniło wśród przyjmujących je ludów. Mam na myśli praktykę prowadzenia licznych kronik oraz notowania zjawisk otaczającej rzeczywistości w łatwo przyswajalnej formie dostępnej dla szerszego grona potencjalnych czytelników. Nie dla wszystkich naturalnie, gdyż analfabetyzm jeszcze do XX wieku stanowił istotny problem, zaś książki w średniowieczu mogły wartać tyle co cała wieś stąd nie każdego było na nie stać. Naturalnie zdaję sobie sprawę, że wiele narodów dysponowało swoimi alfabetami i korzystało z nich, ale skandynawskie pismo runiczne ryte na kamieniach czy węgierski, runopodobny rowasz nie pozwalały na zachowywanie dla potomności dłuższych tekstów. W społeczeństwach tradycyjnych królował przekaz ustny, który jak nietrudno się domyślić podlegał z czasem zniekształceniom, do tego umierał bezpowrotnie razem z ostatnimi pamiętającymi go ludźmi. Sytuacja uległa zmianie wraz z ekspansją chrześcijaństwa i kasty duchownej posiadającej w owym okresie niemal monopol na biegłą znajomość pisma. Kancelarie hierarchów kościelnych bądź władców prowadzone były przez duchownych, którzy przy okazji standardowej papierkowej roboty prowadzili mniej lub bardziej rzetelne kroniki swoich społeczeństw. Trzeba zauważyć, że we wczesnym średniowieczu sztuka pisania i czytania była rzadka nawet wśród ścisłych elit. Cesarz Franków Karol Wielki pomimo licznych prób nigdy nie przyswoił sobie sztuki pisania, cesarz Otton I nauczył się czytać i pisać dopiero przed czterdziestką. Analfabetą do śmierci pozostał nieustępliwy wróg Bolesława Chrobrego cesarz Henryk II. Dla kontrastu Mieszko II władający biegle greką i łaciną mógł być nawet najbardziej wykształconym europejskim władcą swoich czasów. W jego przypadku taka erudycja była spowodowana jednak planem przeznaczenia go do stanu duchownego, który z bliżej nam nieznanych powodów został zarzucony.

Wracając jednak do tematu dzisiejszego odcinka, lwią część przekazów źródłowych z których czerpiemy jakąkolwiek wiedzę o dawnych słowiańskich bogach, świątyniach czy praktykach religijnych czerpiemy z kronik autorów chrześcijańskich, w zdecydowanej większości duchownych. Pewnymi wyjątkami są relacje muzułmańskich lub greckich podróżników i dyplomatów. Wszystkie znane nam źródła tekstowe z okresu od V do XV wieku wydano w 2020 roku w Hiszpanii w pracy pod tytułem Sources of Slavic Pre-Christian Religion. Była ona moim głównym oparciem w przygotowaniu tego odcinka.

Naszą podróż poprzez świat źródeł pisanych do przedchrześcijańskich wierzeń powinniśmy zacząć od materiałów chronologicznie najstarszych. Będę omawiał po kolei źródła jakie ukazywały się w konkretnym języku bądź kręgu kulturowym. Pierwsze wzmianki o Słowianach pojawiają się wśród tworzących w języku greckim pisarzy z Cesarstwa Wschodniorzymskiego, zwanego u nas częściej Bizancjum, chociaż sami zainteresowani uważali się za spadkobierców Rzymian, Romajów. W odcinku o Perunie wspominałem o relacji Prokopiusza z Cezarei, w której pojawia się wzmianka o ciskającym piorunami bogu Słowian nie nazwanym z imienia. Pochodzącą z VI wieku kronikę Prokopiusza uważa się często za pierwszą historyczną wzmiankę o Słowianach w ogóle, aczkolwiek mamy powody sądzić, że było inaczej. Około stu lat przed greckim kronikarzem swoją relację z podróży na peryferia cywilizowanego świata spisał niejaki Priskus, dyplomata gockiego pochodzenia w służbie władców Konstantynopola wysłany z misją do władcy Hunów Attyli. Relacja Priskusa zachowała się do naszych czasów a oprócz samych wrażeń jakie zrobił na nim słynny Bicz Boży niemiłosiernie smagający kark Europy w połowie V wieku dysponujemy również detalami jego podróży. Aby dostać się do państwa Hunów bizantyjscy dyplomaci musieli pokonać kilka pogranicznych rzek, wśród nich Dunaj. W przeprawie pomogli im członkowie miejscowych plemion wykazujący się nieprzeciętną gościnnością, skłonnością do miodu pitnego oraz biegłością w tworzeniu łodzi wydrążonych z pojedynczego pnia, tzw. jednodrewek. Priskus nie nazywa z imienia spotkanych plemion, ale charakter używanych przez nie łodzi nasuwa nam wyraźne skojarzenia ze Słowianami. We wszystkich późniejszych źródłach greckich wyraźnie podkreśla się, że łodzie jednodrewki były akcesoriami charakterystycznymi dla plemion słowiańskich z którymi Romajowie w przyszłości mieli równie często walczyć jak i handlować. Możliwe że przodkowie Antów i Sklawenów, wyznawców gromowładnego bóstwa którzy najechali zbrojnie Bałkany w VI wieku mieszkali w rejonie naddunajskim znacznie wcześniej. 

Kolejnym kronikarzem jest wspomniany już autor Historii wojen gockich Prokopiusz, prywatnie sekretarz wybitnego generała Belizariusza. Jego opis Słowian prawdopodobnie pochodził z opowieści żołnierzy bądź uchodźców z rejonów ogarniętych ekspansją plemion z północy. Prokopiusz pisząc o Słowianach podkreśla nie tylko ich oddanie jednemu bogu, władcy błyskawic, ale także ich dzikość, odwagę i brutalność w walce, sprawność fizyczną, niezależność, niechlujstwo, gościnność oraz wyjątkowe okrucieństwo wobec pojmanych jeńców, których zwykli zabijać bez litości stosując mniej lub bardziej wyszukane kaźnie. Część opisów mordów można interpretować jako zbrodnie rytualne, zwłaszcza że oprócz ludzi zabijano również zwierzęta. Prokopiusz donosi, że Sklaweni oraz Antowie zwykli tak ludzi jak i niektóre gatunki zwierząt rozciągać na ziemi i przywiązywać ich członki do czterech drzewców wbitych specjalnie w tym celu w ziemię. Następnie pałkami roztrzaskiwali głowy ofiar. Nikt do końca nie wie czy był to jakiś rytuał czy też zwyczajne bestialstwo lub wyolbrzymienie kronikarza, który chciał pokazać niechcianych przybyszy z północy w jak najgorszym świetle. Te i inne okrucieństwa wypełniają karty ówczesnych relacji o konfrontacji świata śródziemnomorskiego z dzikimi najeźdźcami. W VI wieku spotykamy się z jeszcze jedną relacją przypisywaną Pseudo-Cezaremu z Nazjanzu. Skąd to dziwne imię? Ano stąd, że nie nie wiemy kto jest jej autorem, a dawniej przypisywano ją właśnie Cezaremu z Nazjanzu, młodszemu bratu słynnego Grzegorza. Pseudo-Cezary, będący w rzeczywistości prawdopodobnie jakimś anonimowym mnichem poświęca fragment swoich Dialogów opisie najazdu okrutnych Sklawenów, którego mógł być nawet świadkiem. Jego relacja potwierdza kilka znanych nam już szczegółów o charakterze Słowian, takich jak wrodzona arogancja, niezależność, niechęć do uznawania władzy zwierzchniej oraz skłonność do mordowania własnych wodzów podczas suto zakrapianych pijackich bankietów. To te bardziej przyziemne cechy, bowiem według Pseudo-Cezarego Słowianie wykazywali wyjątkowe upodobanie do pożerania pełnych mleka piersi karmiących kobiet, roztrzaskiwania niemowląt o skały oraz wycia niczym wilki. Ehhhh.

Z biegiem lat relacje pomiędzy dwoma kulturami stawały się coraz częstsze więc Romajowie notowali coraz więcej spostrzeżeń zawierających osobliwości słowiańskiego etnosu. Końcem VI wieku niezidentyfikowany autor napisał wyjątkowe dzieło, które przetrwało do naszych czasów pod nazwą Strategikon. Jest to jeden z wielu bizantyjskich podręczników wojennych zawierających dwanaście ksiąg pełnych uwag, zaleceń oraz spostrzeżeń przydatnych podczas prowadzenia działań zbrojnych na wszystkich granicach cesarstwa. Autorstwo tego dzieła przypisywano dawniej cesarzowi Maurycemu, jednak dzisiaj nie ma co do tego pewności. Strategikon z całą pewnością był dziełem osoby nie tylko wykształconej lecz doświadczonej w prowadzeniu wojny na kilku frontach. Autor zawarł mnóstwo informacji etnograficznych jego zdaniem bardzo pomocnych podczas nawiązywania relacji z nacjami żyjącymi na obrzeżach imperium. W jednej z ksiąg spotkamy kilka uwag o zwyczajach plemion słowiańskich, w tym rytuałach pogrzebowych. Strategikon jest jednym z kilku utworów, w których dowiadujemy się, że słowiańskie kobiety tak bardzo pogardzały życiem po śmierci swoich mężów, że same rzucały się w odmęty rzek ofiarując swe życie nienazwanym bóstwom. Co ciekawe również wspomniany wcześniej Prokopiusz oraz późniejszy Leo Diakon zwracali uwagę na kult rzek i zbiorników wodnych, w których topiono ofiary. Wzmianka o topieniu wdów po śmierci mężów wydaje się więc wiarygodna, chociaż można mieć wątpliwości czy ofiara zawsze oddawała się temu procederowi dobrowolnie. Kilkaset lat później informacje bardzo podobne do tych ze Strategikonu znalazły się w innym dziele o podobnym charakterze, słynnej Taktice cesarza Leona VI Mądrego, który dodatkowo podkreślał tak jak wielu jego poprzedników niebywałą gościnność i żywiołową wręcz serdeczność w stosunku do nieznajomych okazywaną przez Słowian. Wyjątkowa gościnność była silnie zakorzeniona w zwyczajach wielu ludów tradycyjnych, genezę tego zwyczaju badacze widzą w chęci umożliwienia jakiejkolwiek wymiany handlowej pomiędzy rozdrobnionymi plemionami i ludami. W nieprzebytych kniejach dawnej Europy rozbitych na liczne, drobne ludy i plemiona narzucenie przesadnych wręcz praw gościnności pozwalało na nawiązywanie różnych relacji pomiędzy obcymi sobie ludami mówiącymi w różnych językach, którymi oddawali cześć wielu bóstwom. O znaczeniu gościnności w życiu tak Słowian jak i dawnych Germanów więcej pisał Karol Modzelewski w Barbarzyńskiej Europie.

O praktyce składania ofiar dowiadujemy się więcej z dzieła kolejnego cesarza bizantyjskiego, żyjącego w X wieku Konstantyna Porfirogenety, który podzielił się z potomnością swoimi spostrzeżeniami na temat zarządzania multietnicznym imperium w słynnym De administrando imperio. Konstantyn był płodnym lecz dość chaotycznym pisarzem mylącym nieraz daty, fakty i ludzi co mogło być spowodowane jego przesadną skłonnością do wina jaką wytykali mu współcześni. Pomimo tego jego dzieło jest traktowane bardzo wysoko, a szczególnie fragment o ruskich kupcach wędrujących z Kijowa do Konstantynopola drogą wodną, najpierw przez Dniepr a potem Morze Czarne. Po drodze na pewnych odcinkach ruscy kupcy byli narażeni na ataki ludów koczowniczych, więc jeżeli już udało im się uniknąć niebezpieczeństw w zwyczaju mieli składać ofiary swoim bogom. Jak pisze Konstantyn, ofiary składano na pewnej wyspie, pod majestatycznym dębem. Bogom poświęcano żywe ptaki, chleb i mięso. Kupcy ciągnęli losy, które pozwalały im zdecydować czy ptaki zabić, zjeść czy też puścić wolno.

Również w X wieku o Słowianach pisał Leon Diakon, którego fragment wspominałem w odcinku o ofiarach z ludzi. Tutaj przypomnę tylko, że grecki kronikarz pisał w czasach szczególnego natężenia kontaktów pomiędzy Rusią a Bizancjum gdy młody kniaź Światosław trząsł całą wschodnią Europą i Bałkanami w serii nieustających wojen ciągnących się od stepów nadkaspijskich poprzez wybrzeża Morza czarnego aż po Bułgarię i bałkańską Trację. Światosław poturbował potężną Bułgarię i państwo Chazarów, ale wreszcie połamał sobie zęby na Bizancjum, które przeciwstawiło mu zbyt poważną siłę militarną. Młody kniaź nie zdołał zdobyć Bałkanów gdzie zamierzał przesunąć centrum swojego młodego imperium, którego stolica miała leżeć nad Dunajem. Pobity przez Greków rozpoczął odwrót na Ruś, lecz w drodze powrotnej jego osłabioną drużynę napadli koczowniczy Pieczyngowie wyrzynając w pień jego wojów a na końcu zabijając samego Światosława. Chan Pieczyngów kazał przysposobić czaszkę pokonanego wroga na kielich.

Zanim jednak dzielny Światosław poległ w zasadzce nomadów zdążył napsuć krwi armiom Konstantynopola. Leon Diakon opisał następstwa jednej z takich ciężkich batalii gdy podczas kremacji swoich poległych ludzie Światosława poświęcali im ofiary z jeńców, kobiet i mężczyzn. Na koniec topili w nurtach Dunaju kurczaki oraz niemowlęta. Leon Diakon jest jedynym kronikarzem, który przypisuje wojownikom ruskim, których zwie Tauroscytami szczególną niechęć do poddawania się swoim przeciwnikom nawet jeżeli nie widzieli żadnej szansy wydostania się z bitewnej matni. Mieli oni jakoby chętniej popełniać samobójstwo rzucając się na własne miecze gdyż wierzyli jakoby ginąc w walce ich dusze dostawały się pod władzę ich morderców. Nie chcąc im służyć w zaświatach wybierali śmierć z własnej ręki. Tak jak wspomniałem Leon jest jedynym, który wspomina ten zwyczaj, nie znajdujący żadnych innych potwierdzeń z rejonów Słowiańszczyzny i Skandynawii, ale ma analogie wśród Wegrów, Tatarów i Mongołów. Możliwe, że ostatecznie popełnianie samobójstw przez wojowników walczących za przegraną sprawę nie było domeną Słowian lecz ich sojuszników pochodzących z koczowniczych ludów Wielkiego Stepu.

Dwoma ostatnimi greckimi autorami, których przytoczę są Demetrios Chomatianus i Teodor Balsamon. Jeden był prawosławnym arcybiskupem XIII-wiecznej Ochrydy, tej samej znanej dzisiaj jako coraz popularniejszy kierunek turystyczny. Drugi natomiast był XII-wiecznym patriarchą syryjskiej Antiochii, chociaż nigdy nie dostał się do tego miasta okupowanego przez muzułmanów bądź łacińskich krzyżowców. Pisał więc z Konstantynopola. Obaj duchowni potępiali w swoich kazaniach popularny wśród zamieszkujących Bizancjum Słowian pogański zwyczaj tzw. Rusaliów jaki odbywał się późną wiosną, po Zielonych Świątkach. Rusalia miały polegać na dzikich, wyuzdanych tańcach i odgrywaniu niepoważnych scenek teatralnych, a to wszystko było napędzane znacznymi ilościami alkoholu. Jak nietrudno się domyślić Rusalia mogły być związane z rusałkami, które prawdopodobnie wzięły swoją genezę z tego zwyczaju. Same obchody niejednokrotnie kończyły się tragicznie o czym wspominał Chomatianus w swoim liście. Wędrowni aktorzy biorący udział w zabawach często narzekali na brak jedzenia, które zdobywali od miejscowych chłopów prośbą, groźbą lub kradzieżą. Pewnego razu dwóch aktorów spróbowało zastraszaniem wyłudzić od lokalnego pasterza jego sery. Ten nie dał się jednak, zdzielony kijem przez jednego z aktorów odpłacił mu ostrzem noża wbitym we wnętrzności. Koneser wyłudzanych serów skonał na miejscu.

Jak widzimy z kręgu greckiego obszaru kulturowego nie zachowało się do naszych czsów wiele relacji, z których można wyciągnąć wnioski o wierzeniach dawnych Słowian. Sytuacja będzie inna gdy zabierzemy się za źródła pisane w łacinie oraz języku staro-cerkiewno-słowiańskim, swoją drogą ten drugi przez setki lat pozostawał pod bardzo wyraźnym wpływem kultury bizantyjskiej. To co szczególnie rzuca się w oczy w źródłach pisanych z Bizancjum to duży udział władców oraz wojskowych w ich sporządzaniu. We wczesnośredniowiecznej Europie wysoki poziom wykształcenia władców swego rodzaju fenomenem charakterystycznym dla państw muzułmańskich oraz Konstantynopola. Na obszarze zdominowanym przez łacinę prawie nie sposób było znaleźć królów czy cesarzy piszących kroniki. Pewnym wyjątkiem był anglosaski król Alfred Wielki w Wessexie, który osobiście tłumaczył z łaciny różne dzieła o charakterze filozoficznym oraz religijnym. Z tego też powodu niejednokrotnie zwano go Mądrym. O permanentnym analfabetyzmie toczącym w średniowieczu elity zachodniej i północnej Europy wspominałem wcześniej.

Kolejne, bardzo istotne źródła wczesnośredniowieczne pochodzą z obszaru krajów muzułmańskich. W jednym z poprzednich odcinków wspominałem obszernie o wielkim znaczeniu jakiego nabrał od VII wieku młody kalifat Umajjadów, który następnie w toku licznych konfliktów wewnętrznych oraz wojen z państwami ościennymi rozpadł się na więcej organizmów politycznych. Arabscy i perscy dyplomaci, kupcy, szpiedzy i geografowie chętnie zbierali informacje o otaczającym ich świecie tworząc bezcenne dla późniejszych badaczy dzieła. Jednym z takich autorów był al-Masudi zwany arabskim Herodotem. Historyk żyjący w Bagdadzie w X wieku stworzył kilka znanych dzieł spośród których szczególnie interesujące są Łąki złota i kopalnie drogocennych kamieni zawierające kilka ciekawych spostrzeżeń o zamieszkujących wschodnią Europę plemionach Słowian i Rusów. Masudi rozdziela oba etnosy, gdyż jak wspominałem niejednokrotnie wcześniej jest bardzo prawdopodobne, że Rusowie byli potomkami Skandynawów, którzy stopniowo zasymilowali się z miejscowymi Słowianami tworząc ciekawy amalgamat kulturalny. Masudi wspomina o licznych świątyniach w krajach zamieszkanych przez Słowian, z których jedna, znajdująca się na cyplu otoczonym z trzech stron przez morze bywa czasem interpretowana jako rugijska Arkona. Arabski historyk wspomina o szczególnych zwyczajach jakie towarzyszą śmierci mężczyzn, których pali się na stosach razem z ich żonami. Jeżeli zaś mężczyzna umierał w stanie bezżennym rodzina i przyjaciele prezentowali mu zastępczą małżonkę zabijaną na jego stosie, najczęściej niewolnicę. Kronikarz czyni tutaj wyraźną paralelę do podobnego zwyczaju znanego jako sati, występującego wówczas w Indiach, gdzie małżonki palono żywcem na stosach mężów. Relacja al-Masudiego pozwala nam lepiej zrozumieć słynną historię o pogrzebie ruskiego wodza zanotowaną przez innego arabskiego dyplomatę Ahmada ibn-Fadlana, który początkiem X wieku znalazł się z misją dyplomatyczną w kraju Bułgarów Kamskich nad rzeką Kamą, daleko na krańcach znanego mu świata. Relacja ibn-Fadlana opowiada o zwyczajach ruskiej elity oraz podległych im Słowian, do których prawdopodobnie należała młoda niewolnica, odurzona narkotykami i alkoholem, wielokrotnie wykorzystana seksualnie oraz finalnie zamordowana na pogrzebie swego wodza, któremu miała towarzyszyć na tamtym świecie. Al-Masudi wspomina o licznych świątyniach w kraju Słowian, w tym jednej szczególnie istotnej zbudowanej gdzieś na jakiejś majestatycznej górze, ale niestety nie podaje żadnych szczegółów, które mogłyby nam pomóc jej identyfikację.

Kolejnym pisarzem z tego kręgu kulturowego, który pozostawił skromną ale bardzo treściwą relację jest perski geograf ibn Rosteh, który również dzielił Słowian i Rusów na dwa odrębne etnosy żyjące w jednym państwie. Warto wspomnieć tutaj w ramach dygresji, na przekór dominującej teorii normanistycznej wywodzącej Rusów od szwedzkich Waregów, że był przynajmniej jeden perski geograf, Ibn Khordadbeh, który uważał Rusów za jedno z etnicznych plemion słowiańskich. Sam temat pochodzenia etnicznego Rusów jest bardzo ciekawym wątkiem ciągle budzącym kontrowersje wśród badaczy, chociaż tzw. teoria normanistyczna dominuje wśród specjalistów. To ibn Rostehowi zawdzięczamy wzmiankę o tzw. “lekarzach” chociaż lepiej byłoby używać tutaj określenia kapłani, którzy byli panami życia i śmierci w Rusi Kijowskiej początkiem X wieku. Oni to odpowiadali za wybieranie kandydatów na krwawe ofiary dla bogów a ich wybór był ostateczny i niepodlegający dyskusji. Perski geograf podobnie jak kilku innych wspomnianych pisarzy wspominał o zwyczaju zabijania małżonek po śmierci ich mężów, z tym że w jego wersji nie były topione jak wspominał autor Strategikonu ale wieszane na prowizorycznej szubienicy idealnie odpowiadającej tej wzmiankowanej przez ibn-Fadlana a następnie, już po zgonie palone na stosie męża. Co istotne, mężczyzna mógł mieć jego zdaniem kilka żon, ale nie wszystkie poświęcały swe życie, robiła to jedna z nich, dobrowolnie aby pokazać, że kochała go najbardziej.

W naszej podróży po relacjach źródłowych przeniesiemy się teraz z Bliskiego Wschodu na mroźną Islandię, gdzie do naszych czasów przetrwały dwie interesujące relacje. Jedną jest Saga o Olafie Trygvassonie, słynnym norweskim królu znanym głównie ze swoich awanturniczych wojaży po basenie Morza Północnego oraz brutalnej chrystianizacji Norwegii którą forsował z gorliwością przysłowiowego neofity, jakim był bez wątpienia. Znacznie częściej wykorzystywany jest jednak fragment innego dzieła, konkretnie Sagi o Knytlingach, czyli potomkach Knuta opowiadającej o panowaniu kilku kolejnych władców wczesnośredniowiecznej Danii. W jednym z końcowych rozdziałów Knytlingasagi wydanej w Polsce jako Księga królów Danii znajdujemy krótką wzmiankę opowiadającą o podboju słowiańskiej Rugii dokonanym podczas ośmioletniej kampanii króla duńskiego Waldemara Wielkiego i biskupa Roskilde Absalona. Dzięki anonimowemu twórcy tej sagi dowiadujemy się o istnieniu kilku pomniejszych bogów takich jak enigmatyczny Pizamar czy też Tjarnaglofi najczęściej interpretowany jako Czarnogłowy, o którym mówiłem w odcinku poświęconym domniemanym wcieleniom Welesa takim jak Trzygłów. Wojny Duńczyków i Słowian z Rugii są w Knytlingasadze wspomniane bardzo pobieżnie, znacznie obszerniej opowiadał o nich najsłynniejszy duński kronikarz średniowiecza Saxo Grammatyk, o którym wspomnę niebawem. Co ciekawe Knytlingasaga doczekała się kilka lat temu pierwszego polskiego wydania, które niedawno przeczytałem w całości. Książka zapadła w mojej pamięci ponieważ jest najbardziej niechlujnie wydaną publikacją jaką czytałem w życiu, a pewnie parę setek w życiu przeczytałem. Na zaledwie 192 stronach tłumacz i wydawca zdołał zmieścić blisko pół tysiąca błędów gramatycznych, stylistycznych a czasem nawet logicznych kontrastujących z całkiem przyzwoitym poza tym wydaniem książki.

Kolejne źródła zawdzięczamy średniowiecznym duchownym czeskim, którzy pisali kroniki w języku staro-cerkiewno-słowiańskim-południowym oraz później po czesku. Język staro-cerkiewno-słowiański został stworzony na bazie prasłowiańskich gwar przez dwóch greckich braci-misjonarzy Cyryla i Metodego wysłanych z misją chrystianizacyjną z Konstantynopola na Morawy. Język ten oparty na gwarach południowosłowiańskich oraz bizantyjskiej grece pozwolił Słowianom zapoznać się z Pismem Świętym oraz liturgią w zrozumiałej dla nich mowie. Idea stworzenia takiego sztucznego języka była rewolucyjna w swoich czasach i bardzo mocno krytykowana w tradycyjnych kręgach duchownych skupionych głównie wśród chrześcijaństwa łacińskiego co stało się dla braci misjonarzy powodem wielu problemów, Metody został w pewnym momencie oskarżony o herezję oraz na trzy lata uwięziony w Bawarii na skutek intryg nieprzychylnego mu duchowieństwa niemieckiego zazdrosnego o wpływy na Morawach. Problem ze źródłami z Czech jest bardzo prosty, mianowicie kraj ten uległ chrystianizacji bardzo prędko, o rządy nad duszami mieszkańców państwa wielkomorawskiego a później czeskiego rywalizowali ze sobą misjonarze z Konstantynopola oraz Cesarstwa Franków a później Niemców. W efekcie pisana w XII wieku Kronika Czechów Kosmasa czy późniejsza o dwieście lat Kronika Dalimila zawierają bardzo szczątkowe wzmianki o dawnej wierze mieszkańców Bohemii czy Moraw. W zasadzie wydaje się, że niemal wszyscy czescy kronikarze żyli w czasach w których niemal kompletnie zapomniano nawet imion dawnych bogów, a jedyny oryginalny czeski teonim w przekazach to niejaki Zelu albo Zebud jest często zupełnie ignorowany przez badaczy jako nie mający nic wspólnego z żadnym rzeczywiście czczonym bóstwem. W czeskich kronikach więcej znajdziemy informacji o kulcie charakterystycznym dla tzw. polidoksji, czyli systemu wierzeń opartego na kulcie natury, przodków, demonów oraz magii. Kronika Kosmasa powstawała w tych samych czasach co Kronika Galla Anonima i tak jak w przypadku enigmatycznego kronikarza tworzącego na dworze Bolesława Krzywoustego tak u Kosmasa jednym z motywów przewodnich jest chęć wyjaśnienia genezy państwa czeskiego. Bardzo istotna jest u niego wzmianka o kulcie przodków, których podobizny mieli ze sobą na plecach przynieść dawni przodkowie Czechów wędrujący z bliżej nieokreślonego kraju do nowej ojczyzny. Kosmas poświęca dużo miejsca opornej chrystianizacji ludu, który nawet po dziesiątkach lat ciągle oddawał cześć bóstwom opiekuńczym domostw, zagród oraz rzek i lasów, które dla Kosmasa kwalifikują się do bardzo pojemnej kategorii biesów i demonów.

W kolejnym odcinku będziemy mogli przejść do najliczniejszych i najobszerniejszych źródeł pisanych w łacinie oraz języku staro-cerkiewno-słowiańskim-wschodnim jakim posługiwali się kronikarze z Europy Wschodniej.

Chciałbym również z całego serca podziękować wszystkim patronom tego podcastu, dzięki którym powstaje więcej, dłuższych odcinków. Szczególnie zaś patronkom w randze Peruna i Welesa, Adzie i Agnieszce.

W przygotowaniu tego odcinka szczególnie pomocna była następująca książka:

Sources of Slavic Pre-Christian Religion – praca zbiorowa pod redakcją Juana Antonio Álvareza-Pedrosy.